Wenecjanin

Spragnieni słońca. Wczoraj, spacerując ulicami w centrum miasta widziałem, jak wiele osób, podobnie jak ja wystawia twarz do słońca, które nagle znów wróciło. To był miły, omal wakacyjny dzień. Najpierw kawa u Bliklego. Później spacer Chmielną, wizyta w księgarni Traffic, dalej centrum taniej książki przy Chmielnej. Nagle zauważyłem dwa egzemplarze książki Adama Hanuszkiewicza „Psy, hondy i drabina”, którą kiedyś czytałem, ale nie miałem swojego egzemplarza. Kupiłem oczywiście. Na zdjęciach człowiek świata, bon vivant, siedzi na placu św. Marka w Wenecji, i naprawdę ma się poczucie, że w tej jednej chwili, nie tylko w tej cały świat należał do niego. Geniusz i cudowny kabotyn. Niezwykła osobowość. Żywy płomień. Zacząłem podczytywać fragmenty w różnych miejscach książki. Prowadzi dialog z Mickiewiczem i Boccacciem, cytuje entuzjastyczne recenzje swoich spektakli. Fenomenalny rozdział o tym, że odkrył, jak należy grać Czechowa i wszystkie dotychczasowe inscenizacje właściwie legły w gruzach. Więcej, nawet Czechow się z tym zgadza i przyklaskuje. Aktorzy załamują ręce, płaczą, wszyscy płaczą, że tak grać nie chcą, bo tak się Czechowa nie gra, a on jeden wie, że ma rację. Wie, że wygra. Stawia na swoim. Reżyseruje Czechowa jak wodewil. Odkrycie. Znów świat u stóp. Nawet Rosjanie szaleją z zachwytu. Kopiują. Nauczył Rosjan grać Czechowa. Krzysztof Penderecki stał pod ścianą i wszyscy stali pod ścianą, bo nie było miejsc na jego spektakle. Bilety wyprzedane. Oddany teatrowi i sobie w teatrze bez reszty. „Teatr rodzi się i umiera tegoż wieczoru. A więc słabością, ale i siłą, jedyną racją jego istnienia jest to jego uwiązanie do publiczności. Bez niej go nie ma. Nawet kiedy jest” – pisze.

Wiele zdjęć zamieszczonych w książce wywołuje wzruszenie. Cóż to były za obsady! Jaki rozmach inscenizacji. Scenografia w „Woyzku” Hanuszkiewicza, a mamy rok 1985, dzisiaj wpisałaby się w spektakle Krzysztofa Warlikowskiego i projekty Małgorzaty Szczęśniak. Hanuszkiewicz wyprzedzał czas. I żył pełnią życia, aż do momentu, kiedy odebrano mu teatr. Ratusz stołeczny ma wiele na sumieniu. W sumie nawet mnie nie zdziwiła wypowiedź biura Rzecznika Praw Obywatelskich, które próbuje wstawić się za lokatorką – matką ciężko chorego dziecka, która mieszka bez dachu, bo go zdjęto do remontu, a nie otrzymuje mieszkania zastępczego. Biuro wypowiedziało się, że niestety najmniej znaczą interwencje w Warszawie. Ratusz w ogóle nie przejmuje się interwencjami RPO. Normalka. Prawdę mówiąc nie mam już siły pisać o władzy w Warszawie i o tym, jak traktuje ludzi, ich godność i ich rozwój (w tym kulturę). Już chyba liczone w grubych setkach teksty na przykład w „Gazecie Wyborczej” piętnujące działalność Ratusza nic nie dają. Dla rządów PO media nie są czwartą władzą. A kultura jest fanaberią, która przeszkadza w myśleniu o budowaniu świata dla biznesu, bo przecież nie dla ludzi. Kto wymyślił ideę miasta dla ludzi albo miasta-ogrodu? Chyba jakiś oszołom.

Adam Hanuszkiewicz, foto Małgorzata Kujawka/AG

„Resztki dnia to fragmenty rozmów, migawki zarejestrowane często przez naszą czujną podświadomość, jakieś twarze zapamiętane nagle. I te ważne, które nagłym błyskiem myśli, zdaniem jakimś zaskakującym, weszły głębiej w naszą świadomość, i te które pamięć nasza zarejestrowała, choć nie znajdujemy powodu, dlaczego mielibyśmy właśnie o nich pamiętać” – Adam Hanuszkiewicz.

Więc wczoraj, ulicami szli ludzie wystawiając twarze do słońca. Na Marszałkowskiej wpadłem na Magdę Łazarkiewicz, o, mam dwie wolne godziny od dawna – mówi. Koło Rotundy zauważyłem idącego Jerzego Pilcha. Na placu Zbawiciela Wojciecha Fibaka. Przyglądając się ludziom w kawiarnianych ogródkach wpadłem na Edwarda Porembnego. Przez rok kręcił film w Senegalu.

Mogłem się zatrzymać, usiąść raz jeszcze, ale szedłem wyrzucając sobie, że przecież nie mam czasu. Ale szedłem wolno. Później Mokotowska. Znowu plac Zbawiciela. A na placu św. Marka w Wenecji Adam Hanuszkiewicz, w swoim fragmencie świata. Podpis pod zdjęciem: „Moja Wenecja”. Wenecja chętnie podpisałaby „Mój Hanuszkiewicz”. I w sumie tęskno mi Panie.