Z Woodym w Bangkoku

Dużo pracuję, trochę choruję, właśnie wziąłem ostatni antybiotyk z dwunastodniowej kuracji, oby na prostą! Cała naprzód! Rozwijamy żagle i hurra! Tak sobie słowami dodaję zdrowia. Ale przecież w słowach jest cała moc. Czasami też słabość.

Wysłałem dzisiaj do autoryzacji ostatnią rozmowę do mojej książki „Wolne”, która – jeśli nic nie stanie na drodze – wyjdzie jeszcze w tym roku. Mija termin oddania książki do druku, ale z tych wszystkich zobowiązań i z tych słabości chorobowych mniejszy miałem power.

Wczoraj w Klubie Księgarza prowadziłem promocję książki Anity Janowskiej „Wariacje jesienne”. Powiedziałem, że Woody Allen jeszcze mnie nie poprosił o prowadzenie spotkania, to sobie rekompensuję spotkaniem z Anitą Janowską. Tylko dwie osoby mogłyby powiedzieć, że teoria o tym, że Franz Kafka przewidział faszyzm jest do kitu. Po prostu bał się małżeństwa. Woody Allen i Janowska. W ogóle jej poczucie humoru, Allenowi bliskie nie może być mnie dalekie. To teraz już nie tylko chcę medalik z Allenem ale też z Anitą Janowską.

Zabawne było, kiedy przed spotkaniem jeden z bohaterów „Wariacji jesiennych”, nie wiedząc o tym, że jest bohaterem książki, nagle dowiedziawszy się o tym, próbował poznać szczegóły. Anita Janowska odpowiedziała: „Najpierw jest troszeczkę kpinki, ale potem wychodzisz na swoje, bo mężczyźni cię bronią”. Naprawdę mnie to rozbawiło. I co chwilę mnie coś bawiło, bo jeszcze przed spotkaniem podszedł do mnie pewien pan, przedstawił się i – co uważam za sztukę i czego pogratulowałem – skrytykował mnie już przed prowadzeniem spotkania a nie po. Uważam, że żadną sztuką jest krytykować po. Sztuką jest krytykować przed. Więc powiedział między innymi, że jak zobaczył kto prowadzi to spotkanie, to nic mu to nazwisko nie mówiło, no to postanowił sprawdzić w internecie, ale w moim bio było straszne zadęcie i natychmiast chciał mi o tym napisać, ale okazało się, że nie można na stronie zostawić komentarza a jedyny kontakt ze mną to przez menadżerkę, która jest w Tajlandii. Skąd ta Tajlandia nie wiem, bo menadżerka była na wczorajszym spotkaniu w Warszawie. Ale pan powiedział: „No, proszę pana, przyszedłem panu powiedzieć, mniej zadęcia, mniej zadęcia, młody człowieku!”. O, i z takim błogosławieństwem poszedłem spotkanie prowadzić. Krytyki przed dotąd nie miałem i za to dziękuję. Zawsze to nowe doświadczenie.

Mimo wielu imprez w Warszawie tego dnia, dla Anity Janowskiej do Klubu Księgarza przyszło wiele osób, a wspaniały pianista Maciej Grzybowski, który tytuł książki wymyślił i któremu książka jest dedykowana zagrał Brahmsa. Była też Wanda Wiłkomirska, którą zawsze cudownie jest widzieć. A Jan Rodzeń, który Klub Księgarza tak wspaniale od lat prowadzi opowiedział literacką anegdotę, którą pewnie spalę. Ale spróbuję. Otóż, pan Jan był kiedyś nauczycielem w szkole wieczorowej dla dorosłych. Tak zrozumiałem. I poprosił, żeby uczniowie napisali, co robili w niedzielę. Jeden z tych uczniów pyta, czy na pewno ma napisać, bo pił wódkę i czym tu się chwalić. Na to pan Jan mówi, żeby nie brał tego dosłownie. Że może o jakiejś książce napisze. No i ten uczeń napisał mniej więcej tak: „Jak rano wstałem, to od razu chwyciłem książkę. Czytałem. Cały dzień czytałem. Potem przyszedł kolega, no to obaj czytaliśmy. Ale jak przeczytaliśmy, to nam zabrakło książki i poszliśmy zapytać sąsiada. Sąsiad miał akurat urodziny i było dużo ludzi i już ostatnią książkę właśnie przeczytali. To poszliśmy do drugiego sąsiada, żeby nam pożyczył książkę. Ale go nie zastaliśmy. To poszliśmy do czytelni i zamówiliśmy po książce. Jak przeczytaliśmy, to zamówiliśmy następną, aż żeśmy wszystko wyczytali”.

Pewnie spaliłem. Trudno. Tyle zebrałem już różnych tematów do opisania tutaj, tylko kiedy ja na to wszystko czas znajdę?

I gdzie? Chyba w Tajlandii.

Bardzo miło w Klubie Księgarza, domowo. Dawno nie byłem. Imponuje liczba zorganizowanych tam spotkań, imponują ich bohaterowie. Bo kogo tam nie było? Legendarny Klub Inteligencji Czytającej. A ciasto pieczone przez żonę pana Jana pierwsza klasa. Zabieram w podróż.