rozmaitości

Można by rzecz – nie wychodzę z pracy. Ale praca ma u mnie tyle kolorów i odcieni. Albo się czyta, albo się notuje, albo się pisze, albo się do kogoś jedzie na rozmowę, albo się rozmawia. Wywiad daje możliwość zobaczenia różnych kontekstów. Czasem mogę odwiedzić czyjeś mieszkanie, poznać otoczenie. A to mówi bardzo dużo. Kiedy ktoś, na przykład czyjś agent mówi, że wywiad możemy zrobić mailem, to odpowiadam, że jednak nie, że jednak mieszkamy na tej samej planecie. Przyjadę. To jest też ciekawe jechać do kogoś. Więc niedługo będę jechał do Wrocławia, a potem do Tel Awiwu, Jerozolimy. Szukać śladów, zobaczyć konteksty. W Izraelu mam zamiar na przykład spotkać się z panem Michałem Stołowickim, bohaterem książki „Przysięga Gertrudy” o Gertrudzie Babilińskiej, pisałem tu kilkakrotnie na ten temat. Pan Michał, który mieszka wprawdzie w Nowym Jorku, akurat będzie w Izraelu. A poza tym mam zamiar odwiedzić kilka archiwów, spotkać się ze świadkami życia bohaterki książki, nad którą pracuję od ponad roku. Chciałbym trafić na coś nowego, ciekawego. Paradoks, nienawidzę się przemieszczać, nienawidzę lotnisk i samolotów. A jednak, kiedy w grę wchodzi podróż zawodowa, mimo lęku nigdy nie rozważam jej w takich kategoriach.

Przedwczoraj w ramach trwającego od pięciu już lat cyklu „Teatr, Muzyka, Kino w Gazeta Cafe” (cyklu, który wymyśliła Dorota Wyżyńska, będąca jego kuratorką) prowadziłem spotkanie z Krystyną Jandą, poświęcone najnowszej premierze Teatru Polonia „Danuta W.” według książki Danuty Wałęsy. Zapis dźwiękowy spotkania jest tutaj:

Spotkanie z Krystyną Jandą

A już w przyszłym tygodniu, w Klubie Księgarze, Rynek Starego Miasta spotkanie z Anitą Janowską promujące jej nową książkę „Wariacje jesienne”. Na spotkaniu grał będzie wybitny pianista Maciej Grzybowski – najbliższy poniedziałek (8 października) godz. 18.00.

Na spotkaniu w „Gazecie” pewne pani, która – zdaje się – była na spotkaniu z Anitą Janowską w Teatrze Żydowskim zapytała, czy tamto spotkanie jest zarejestrowane. Karcę się zawsze, że nie biorą choćby własnego dyktafonu. Zostałoby, cokolwiek z tej ulotności wieczoru. Muzeum Literatury ma sporą bazę dźwiękową. To jest przecież jakiś znak i zapis czasu, a ja mam jakąś archiwistyczną obsesję zatrzymywania. Sam kiedyś zapytałem panią Barbarę Krafftównę dlaczego wszystko zbiera. – Ja nie zbieram, ja zachowuję – odpowiedziała. I zrozumiałem. Od razu też przypomniał mi się genialny wywiad Barbary N. Łopieńskiej z jej książki „Życie psychosomatyczne intelektualistów”. Profesor Maria Janion mówi o obsesji stworzenia archiwum egzystencji. Kompletnie powalający wywiad. Żeby mi aż tak poszło, to bym nie chciał. Jasne. Ale chciałbym, żeby nie przepadło wszystko z wiatrem, historią i twardymi dyskami.

Poszedłem wczoraj zobaczyć w końcu nowy film Woody’ego Allena „Zakochani w Rzymie”. No, dobrze, zgadzam się, nie jest to film na miarę „O północy w Paryżu”, momentami jest nudny. Fakt. Ale to przecież Allen, w każdym filmie, jaki by nie był, umieści jakąś odlotowo powalającą niespodziankę. I tutaj też, opowiadając historię śpiewającego pod prysznicem właściciela zakładu pogrzebowego. Ale i trochę iskrzących inteligencją i dowcipem dialogów. I ten Rzym, do którego by się pojechało. Dlatego nie skrytykuję, bo mimo zauważalnych braków miałem przyjemność. A jakbym zżarł wielkie pudło czekoladek, też pewnie by mnie miejscami zemdliło, ale przyjemności czekoladzie trudno odmówić. Jak mówi moja przyjaciółka Krysia: dupy nie urywa. Nie urywa, ale czy zawsze musi? A, i te genialne rozmowy starszej pary Amerykanów – ona (Judy Davis) jest psychiatrą, on nieudanym reżyserem i dyrektorem operowym. On (Allen) poniósł klęskę na całej linii, ale ona mówi, że wyprzedził swój czas. To, jak na siebie patrzą, jak mówią. E, tam. Trzeba zobaczyć. Zwłaszcza, że Allen nie występował długo w swoich filmach. Czy trzeba kochać za coś? Można kochać wbrew.