dzień z widokiem na uśmiech

Kilka dni na wsi, praktycznie bez internetu, powrót do wspomnień z przeszłości, podglądanie własnego dzieciństwa w tych fragmentach świata, które pozostały. Stara, ale wciąż zdrowa jabłoń obsypana owocami, drewniany garaż, na strychu stara komoda – pozostała po spaleniu, jezioro. Na cmentarzu znane jest mi praktycznie każde nazwisko. Jakby całe dzieciństwo mi umarło i przeniosło się tutaj. Rodzina bliższa i dalsza, koleżanki babci, które na zmianę zajmowały się mną albo siostrą, sąsiedzi, wyraziste lokalne osobowości, oryginały. Na wsi wszyscy są sobie znani. A potem się wyjeżdża na całe lata i po powrocie okazuje się, że wielu już nie ma. I nagle nagrobki, na których są wyłącznie znane mi nazwiska znanych mi osób. Uderzające doświadczenie. Dwa równoległe światy.

Patrzę za okno i oby nie jesień. Szaro i pada, zimno od wczoraj. Ale wczoraj miły dzień, prawie cały spędzony w towarzystwie pani Barbary Krafftówny, dzień z widokiem na uśmiech. Najpierw obiad, a potem pani Barbara zaprasza na gorącą czekoladę. A kiedy już idziemy Nowym Światem, nagle ma ochotę na lody Grycana. Pamiętam, jak kiedyś pani Barbara powiedziała mi, że zdarza się jej wychodzić na lody w nocy. – A gdzie można zjeść w nocy lody? – zapytałem. – Jak to? W Makdonaldzie – odpowiedziała. A kiedy szliśmy Krakowskim Przedmieściem zapytałem, czy była kiedykolwiek u ks. Twardowskiego, czy była na terenie klasztoru Wizytek. – Nie. – Idziemy? – Idziemy. I poszliśmy. Tu eleganckie miasto, a tu właściwie stara Warszawa z drewnianymi nadbudówkami. Dom księdza Jana bez zmian. Te same zielone niskie drzwi, może bardziej odrapana farba dzisiaj. W oknach nadal witrażyki i jakieś ptaszki od dzieci. Spotykamy jednego z braci, sąsiadów księdza. Mówi, że mieszkanie księdza Jana wciąż jest, niezmienione, że zostało takie, jakby z niego wyszedł i miał wrócić.

Warszawa. Tyle emocji. Tyle skrzyżowań. Czasami rozstajów. Czasami rozstań.

Każdy wytycza sobie własną mapę miejsc, zdarzeń i spotkań. Ile tych map nakłada się na siebie. Jak się ciągle ulice zaludniają. Chociaż zmiana za zmianą. Nagle idę Jana Pawła II i nie ma już hotelu Fryderyk Chopin, chociaż puszył się przez lata swoją pseudoelegancją. I nagle nie ma. Za to plac Grzybowski rozświetlony pochodniami przy teatrze, wmurowanymi światełkami przy ławkach. Kiedyś jedni szli do synagogi, drudzy do kościoła Wszystkich Świętych, a spotykali się właśnie tu, na placu. Kościół Wszystkich Świętych na granicy getta był też schronieniem i kryjówką.

Kilka miesięcy temu robiłem wywiad z Ewą Lipską w Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu, mówiła, że dla niej wciąż w tym domu jest mieszkanie Zofii Brezowej, od której pożyczała książki. A ja pamiętam, jak poznałem tu, w bibliotece, pana Aleksandra Ziemnego, z którym później zrobiłem wywiad do „Literatury”. I jak wnoszono na specjalnym wózku na spotkania panią Joannę Pollakównę, i pamiętam, jak na promocji książki Piotra Mitznera bardzo emocjonalnie o swoim ojcu mówiła Maria Iwaszkiewicz, córka Jarosława.

Teraz, już za kilka dni 11 września o 18.00 w tym samym Domu Literatury promocja książki „Pasja według św. Hanki” Anny Janko, którą będę miał przyjemność prowadzić, na którą zapraszam.

Przypomniałem sobie, jak spotykam Ewę Lipską w wejściu do Domu Literatury, a przy stoliku tuż obok, w ogródku Kawiarni Literackiej, przy kawie siedzi pan Wiesław Kępiński, wychowanek Iwaszkiewiczów. I jak w innym czasie, w tejże kawiarni z Izabellą Cywińską przepytujemy pana Wiesława na okoliczność naszego scenariusza „Taki Raj” o Powstaniu Warszawskim na Stawisku.

I naprawdę trudno w to uwierzyć, ale wszystkie te czasy dzieją się równolegle.

Aleksander Ziemny

Notesy adresowe

Z notesów adresowych wycieka osocze,

wapnieją ich naczyńka, tleją, odpadają.

Kiedyż to swoją pełnię minęły rozrostu?

Dawno. Latem. I chyba w całkiem innym kraju.

Naprawdę to już zielnik. Byle podmuch chłodny

wygania z niego znaczki sucho szeleszczące.

Po cóż mają się trzymać bezpańskiego życia

gdy zgubione początki i odcięte końce.

Więc powraca biel mdląca kartek z alfabetem.

Nie będzie cyfr i ulic dla tych, których nie ma.

A dla zdrobnień, zawołań i przezwisk braterskich

wystarczy nadto miejsca między skrońmi dwiema.

(z tomu „Wiersze 1940-1998”, Czytelnik, 1999)