Kayah!

Foto Joanna Kulik-Paliwoda

Takiej Kayah jeszcze nie widziałem! Wczorajszy koncert, pod kierownictwem Atanasa Valkova, na Placu Grzybowskim był wydarzeniem, żywiołem, poruszył publiczność. Nawet chyba w pewnym momencie sam zacząłem za głośno śpiewać wtórując Kayah w jednym z moich ukochanych jej wykonań „Jovano, Jovanko” (jest na płycie Marcina Wyrostka, który grał zresztą wczoraj w składzie Transoriental Orchestra towarzyszącej artystce), bo jakaś pani przede mną kilka razy się odwróciła, w końcu nawet pokazała palcem, że śpiewam git. Ale nie tylko „Jovanke” porwało. Jednym z najmocniejszych akcentów tego koncertu było bez wątpienia wykonanie „El Eliyahu” dwunastowiecznego poety Abrahama Ibn Ezry, podobnie zresztą jak kompletnie nowa, etniczna wersja „Rebeki”, śpiewanej niegdyś przez Ewę Demarczyk.

Kayah swój niezwykły koncert przygotowała na festiwal Warszawa Singera. Śpiewała pieśni Żydów sefardyjskich i aszkenazyjskich w wielu językach, wędrując z nimi po świecie. Śpiewała po hebrajsku, w jidysz, po arabsku, hiszpańsku, holendersku, oczywiście również po polsku. Widać było, że czuje ten etniczny, chociaż nie tylko etniczny, repertuar całą sobą, że z tą muzyką, przeszłością, zapisaną w niej kulturą tworzą jeden żywioł. Śpiewała, tańczyła, grała na bębnie, porywała publiczność, by za chwilę ją wyciszyć, wzruszyć. Tak naprawdę ten koncert był znakomicie skonstruowanym spektaklem, z całą przynależną teatrowi dramaturgią.

W tle pojawiały się symbole Kabbalah, zdjęcia tańczących i roześmianych ludzi, którzy nie wiedzą jeszcze, że zostaną pochłonięci przez wojnę, nagle klisza spalała się, rozpływała, stawała przeszłością. Na scenie pojawiła się przyjaciółka Kayah, Kasia, która tańczy w Hiszpanii flamenco, i tańczyła w rytm jednej z pieśni. Pojawiły się wiersze Wisławy Szymborskiej i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Obok znanych pieśni żydowskich jak Yidishe Mame, „Chiribim, Chribom”, czy „Hava Nagila” w nowej, ekstremalnie hippisowskiej aranżacji, zaśpiewała też kilka piosenek, pewnie nie więcej niż cztery, ze swojego wcześniejszego repertuaru. Idealnie wpasowały się w klimat „100 lat młodej parze” i „Nie ma, nie ma ciebie” z płyty Kayah i Bregovic. Publiczność bawiła się, również w oknach domów przy Placu Grzybowskim.

Nagle plac ożył. Powrócił przeszłość. Scena ustawiona  była tuż obok kamienicy przy Próżnej 14, która jest już właściwie widmem dawnej, żydowskiej Warszawy, kamienicy z czerwonej cegły, z zamurowanymi oknami, kamienicy bez mieszkańców, za to z powieszonymi na jej murach fotografiami tych, których pochłonął Holokaust, oświetlonej niewielkimi żarówkami, stojącej jako jedyny tak naprawdę świadek historii tego miejsca. Kamienica, która chce żyć, bo została w niej energia. Porażające, że pod jej dachem, między gzymsem a rynną wyrosły wcale niemałe brzózki, samosiejki. Zielone, wychylające się ku niebu. Pola Rubin z powieści Anny Boleckiej „Cadyk i dziewczyna”, która to Pola mieszkała właśnie przy ulicy Próżnej mówi na kartach tej książki: „Jeśli nawet pozostanie nam tylko jedna ciasna uliczka, którą poprowadzą nas… to nad nią jest całe niebo”. I nagle Kayah śpiewa „Warszawo ma”, publiczność zamiera wzruszona, chowa się w sobie. Warszawo ma, Warszawo zbolała, bezpieczna.

Kayah, Warszawo ma