Lęk wysokości

Naprawdę mamy wspaniałych aktorów, którzy o coś dla siebie i dla efektów swojej pracy walczą. Przecież Krzysztof Stroiński to jest nasz Dustin Hoffman i Sean Penn w jednej osobie. Od lat, odkąd mam jaką taką świadomość kina i teatru obserwuję role pana Krzysztofa w kinie, w telewizji i na scenie. Nieustanna praca. Kopalnia. W rozmowie, jaką robiłem dla „Zwierciadła” Stanisława Celińska powiedziała o sobie: „Szukam prawdy jak górnik, boli mnie, kiedy nie mogę trafić. Ale wierzę w to, że ten genialny komputer mózg, oczywiście przy boskiej pomocy, pozwoli tej Prawdzie któregoś dnia się objawić”.

Ci wspaniali aktorzy nie czynią ze swojego zawodu „halo!”, nie mówią o jakimś niezwykłym posłannictwie aktora, chcą przekazać prawdę i genialnie oddzielają życie zawodowe od prywatnego. Nie pchają się na okładki tabloidów. W ogóle ich to nie dotyczy. Krzysztof Stroiński jest dla dziennikarzy nieosiągalny, nie daje wywiadów, nie złamał się przez lata, mówi do widza swoimi rolami. Oczywiście, że marzeniem moim jest rozmowa z aktorem, ale szanuję też tak konsekwentny program, taką decyzję.

Siła filmu „Lęk wysokości” Bartosza Konopki (nagroda za najlepszy debiut na festiwalu w Gdyni), który w końcu miałem okazję zobaczyć bierze się nie tylko z samej historii opowiadanej w nim, ale również z precyzyjnej aktorskiej orkiestry: Krzysztof Stroiński, Marcin Dorociński, Magdalena Popławska i Dorota Kolak. To właściwie obsada marzeń, aktorzy z krwi i kości, niezawodni i nieustannie poszukujący.

Film opowiada o relacji mieszkającego na Śląsku chorego psychicznie ojca (właśnie w tej roli wirtuoz Krzysztof Stroiński) i robiącego karierę w telewizyjnym programie newsowym w Warszawie syna (Marcin Dorociński). Przeszłość lepiej jest zapomnieć. Dom nie był dobry, terroryzowany przez tatusia – wielbiciela książek. Chociaż jasne momenty też były. Z biegiem lat ojciec odklejał się od rzeczywistości, gubił się w urojonym świecie, stawał się agresywny, niebezpieczny dla siebie i dla innych. W końcu został sam. I kiedy trafia do szpitala psychiatrycznego, ktoś musi ponieść odpowiedzialność. Syn pojawia się najpierw wbrew sobie. A później zaczyna wracać, przemierza po trzysta kilometrów coraz częściej, próbuje widzieć w ojcu to, co normalne, ocalić jasność. Naiwnie sądzie, że uda mu się zmienić świat, to znaczy fragment ich wspólnego świata. I czasem mu się udaje, na ułamek sekundy udaje mu się coś ocalać, co z góry skazane jest jednak na katastrofę.

Krzysztof Stroiński gra swoją postać tak, że pozostaje nieprzenikniona. Chwilami odnosimy wrażenie, że jest za inteligentny ten ojciec i pacjent, że jego choroba jest tylko ucieczką przed odpowiedzialnością za przeszłość, konsekwencjami a może przed życiem w samotności. Jest na granicy, którą przekracza raz w jedną (zdrową), raz w drugą (chorą) stronę. Trudno też jego, nawet negatywnych zachowań, nie tłumaczyć czy usprawiedliwić. To rola wspaniała, wypełniona w najmniejszych fragmentach barwami, nasycona, zniuansowana. Aktorski Parnas, wydaje się. Rola, która mogłaby się stać wzorcem na studiach aktorskich. Na szczęście Krzysztof Stroiński jest jeden. Nie do powtórzenia.

Genialna scena rodzinnego śniadania po latach. Niby nic się nie dzieje. Niby wszyscy siedzą przy jednym stole, podają sobie chleb, właściwie nie padają słowa, a boli, zapada w pamięć, bo ten zwyczajny rodzinny fragment nasycony jest rozczarowaniem, złością, niezrozumieniem, jakie gromadziły się przez lata w każdym z nich, próbujących teraz pobyć razem, przy tej ostatniej w gruncie rzeczy „wieczerzy”. Wiemy od początku, że to się już nie powtórzy. I że eskalacja nastąpi. Ciąg dalszy nastąpi. Żadna czułość, nawet gdyby była najprawdziwsza nie będzie w stanie zatrzymać katastrofy.

Świetna scena, w której ojciec nagle pojawia się w domu syna. Trwa kolacja z byłym szefem z telewizji, jest sushi. I nagle pojawia się on, cień z przeszłości, dziwnie wyglądający, z plecakiem, który nie odzywa się, porozumiewa się pisząc na karteczkach. Piękna scena, w której dotyka brzucha synowej (Magda Popławska), bo zauważa, że jest w ciąży. Po raz pierwszy odrobina czułości. Ale i jakiś strach odczuwalny, czy choroba może się powtórzyć, czy się powtórzy. I kto kiedy komu i za co będzie winny. I kto będzie mierzył się z lękiem wysokości. W ogóle z lękiem.