nie tylko fotografie…

Jednym z ostatnich zdjęć w książce jest to, na którym Erwin Axer ma założone ręce za głowę, jest zrelaksowany. Obok siedzi Ewa Starowieyska, wystawia twarz do słońca. Siedzą na tle żywopłotu, w swoim ogrodzie. Jest na tym zdjęciu dużo, dużo jasności. Całkiem niedawno zamieszczałem tu zdjęcie najwspanialszej magnolii na Starej Ochocie, która rośnie w tym ogrodzie i zachwyca obsypana kwiatami od lat. Przechodziłem obok tej magnolii codziennie, czasami kilka razy dziennie, mieszkając dwadzieścia metrów dalej. O domach, ogrodach i mieszkańcach Starej Ochoty, tych, którzy są i tych, których nie ma można by napisać wiele. Właściwie przez ulicę z panem Axerem mieszkał Arnold Szyfman założyciel Teatru Polskiego, wielka śpiewaczka Ewa Bandrowska-Turska w tym samym domu, to tu zaglądał Jarosław Iwaszkiewicz. Kilka domów dalej mieszkał prof. Tatarkiewicz. A gdyby iść w drugą stronę od magnolii państwa Axerów, to w najbliższym sąsiedztwie mieszkali Stanisław Dygat, Witold Lutosławski, przez ścianę z nimi również Ryszard Kapuściński. Ale przecież i Ludwik Krzywicki, nie mówiąc o wojennej kryjówce Władysława Szpilmana. Czasami pozostały jakieś ślady. Czasami pozostała pamięć. Albo magnolia w ogrodzie. I dużo, dużo światła, dużo jasności.

Pana Erwina Axera znałem jako sąsiada. Mówiłem: dzień dobry, kiedy szedł po gazetę do maleńkiego kiosku w budynku NIK-u. Panu Axerowi przedstawiła mnie kiedyś Barbara Krafftówna, która przecież grała u niego wspaniałe role w Teatrze Współczesnym. Poprosiłem o dedykację w mojej ukochanej jego książce „Z pamięci” (Wyd. Iskry, 2006). Pod moim imieniem i nazwiskiem dopisał „wpisuje się Erwin Axer”, jakby wpisywał się do pamiętnika. Ale przecież tak było, bo „Z pamięci” jest niezwykłym pamiętnikiem, w którym anegdoty teatralne mieszają się z opowieściami rodzinnymi, opisy spotkań z wybitnymi artystami mieszają się z fotografiami takimi, jak ta, którą opisałem na samym początku.

Pan Erwin Axer bardzo długo, mimo swojego wieku był we wspaniałej formie. Dlatego pracując w Teatrze Na Woli i organizując spotkania z mistrzami teatru, odważyłem się zapytać, czy przyjąłby zaproszenie. „Nie ma nic gorszego niż opowieść reżysera, który już dawno nie jest reżyserem” – tłumaczył. I zdania na ten temat nie zmienił, chociaż kilkakrotnie zaproszenie ponawiałem.

Dlatego tak ucieszyłem się, kiedy dał się zaprosić Teatrowi Narodowemu, przy okazji wystawy i książki poświęconych Irene Eichlerównie. To było w kwietniu 2008 roku i myślę, że było to chyba jedno z ostatnich publicznych pojawień się Erwina Axera. Mówił ze swadą, interesująco, dowcipnie, malując nieco groteskowy portret wielkiej aktorki, która złoszcząc się na kolumnę ustawioną na scenie ogrywała ją tak, jakby przez nią nie mogła wypowiedzieć słowa, jakby była ślepa i na scenie przewracała się przez nią. I kolumna została ze scenografii wyrzucona.

W książce „Z pamięci” Erwin Axer opowiada inną anegdotę o Eichlerównie. Oto obsadził ją w „Marii Stuart”, którą grała z zamkniętymi oczami. Axer wściekał się: Na miłość Boską, dlaczego nie otworzysz oczu? Przecież to nie do wytrzymania.

„- Właśnie, nie mogę wytrzymać. Także byś nie wytrzymał. Na moim miejscu w ogóle nie otworzyłbyś oczu! Patrzeć na nich nie mogę!

– Na kogo?

– Jak to, na kogo? Na partnerów oczywiście” -odpowiedziała Eichlerówna.

W swojej książce Erwin Axer wyznawał szczerze: „Żaden dyrektor teatru, mówię to na podstawie własnej praktyki i obserwacji cudzych poczynań, nigdy, pod żadnym pozorem, niczego nie czyta. Nie czyta sztuk, które mu streszczają tak zwani kierownicy literaccy, a przesyłają tak zwani współcześni autorzy. Nie czyta klasyki, bo ją przeczytał w szkole, nie czyta listów, bo je czyta sekretarka. Nie czyta gazet, tylko je przegląda. Zasypia przy telewizji. Nie różniłem się pod tym względem od moich kolegów”.

Jednak moim ulubionym fragmentem „Z pamięci” Erwina Axera jest ten dotyczący aktorki Elisabeth Bergner. Pisał: „Po raz pierwszy (i ostatni) zobaczyłem ją na scenie w jednej z mniej ważnych sztuk O’Neilla. Miała już siedemdziesiąt cztery lata. Głosem nie wypełniała sali duesseldorfskiego teatru. W pewnej chwili została sama na scenie. Przez pięć, może nawet przez dziesięć minut nie odezwała się ani jednym słowem. Nie uczyniła gestu. Nie zmieniła w znaczący sposób sytuacji. Nie obwiodła wzrokiem sceny, nie szukała miejsc związanych z rozegraną już akcją, by w ten sposób dać do zrozumienia, o czym myśli. A jednak znałem jej myśli; od początku do końca nieskończenie długiej pauzy. Wydawało mi się, że słyszę, co myśli”.

Książkę otwiera zdjęcie zrobione w Łodzi, w 1949 roku. Erwin Axer stoi w grupie aktorów. Rozpoznaję Henryka Borowskiego, Andrzeja Łapickiego, Danutę Szaflarską, Zofię Mrozowską, Hankę Bielicką, a za nią Jerzego Duszyńskiego.

Ktoś napisał pod wiadomością o śmierci Erwina Axera, że coraz piękniejszy jest teatr w zaświatach. Z tego zdjęcia z nami, w fenomenalnej formie pozostaje Danuta Szaflarska, która z roli na rolę jest coraz bardziej nowoczesna. Jakby na innej wyspie niż milcząca Elisabeth Bergner. Rozedrgana i piękna. Ciekaw jestem filmu dokumentalnego, jaki właśnie o niej powstał (a który zrealizowali Dorota Kędzierzawska i Artur Reinhart).

Są ludzie, którzy nie mają wieku. Nieprzemijalni. Są wieczne dziewczyny i wieczni chłopcy. Takim chłopcem był Janusz Morgenstern, i takim chłopcem pozostał Erwin Axer, po którym w ogóle nie było widać dziewięćdziesiątki. Szedł wyprostowany, energicznie, a właściwie nie szedł tylko nadal wychodzi rano po gazetę. Mija magnolię w swoim ogrodzie i otwiera zieloną furtkę. Bo przecież niemożliwe, żeby pozostały tylko zdjęcia. Jest dużo, dużo światła.