Mam gdzie myśli rozbujać

„Im jestem starsza, tym bardziej sobie cenię, że można żyć tak jak my, a nie w nieustannym wirze powierzchownych kontaktów. Coraz bardziej cenię stare przyjaźnie i lubię mieć czas i przestrzeń, by je pielęgnować. W mieście ludzie żyją w strasznej ciasnocie, także mentalnej. Myśli nie mają się jak rozbujać, ciągle się trzeba zderzać z opinią innych. Tu przestrzeń jest otwarta. To wpływa na wszystko” – mówi Monika Sznajderman, szefowa wydawnictwa Czarne, w rozmowie z Agnieszką Wójcińską, z dzisiejszego „Dużego Formatu”.

Natychmiast wpisuję panią Monikę na listę swoich bohaterów. Urzeka jej opowieść o życiu w zgodzie z sobą, ze swoimi przekonaniami, o życiu pełnym satysfakcji z realizowania wartościowych zamierzeń, w dodatku o sposobie na życie, który stał się pracą, a jej owoce to ogromna już lista wydanych książek reportażowych i nie tylko. Opowieść Moniki Sznajderman o zakładaniu wydawnictwa Czarne przypomina mi trochę opowiadania Pedro Almodovara o tym, jak z bratem zakładał firmę El Deseo i jak zaczynali produkować filmy, że to była właściwie firma w kartonie.

Czarne zaczęło od książki Andrzeja Stasiuka „Przez rzekę”. Ponieważ w miejscowości Czarne w Beskidzie Niskim, gdzie Andrzej Stasiuk i Monika Sznajderman wówczas mieszkali, nie mieli prądu, a książka została napisana ręcznie, zdecydowali się zawieźć ten rękopis do drukarni ojców redemptorystów.

„Ojciec drukarz powiedział, że przepiszą i wydrukują, ale poprosił, żeby w stopce nie było nazwy drukarni, bo nie mogą sobie pozwolić na firmowanie opowiadań erotycznych. Przyjechaliśmy po odbiór pierwszego nakładu, 3000 egzemplarzy. Okazało się, że dużo książek było źle wydrukowanych, kolor się rozlał na okładce z czerwonych liter na czarno-białą twarz Andrzeja. Zapytałam ojca Stańczyka: Co mam zrobić?, a on na to: A obtani pani sobie. Zawieźliśmy te książki samochodem kolegi do Warszawy. Dwa razy łapaliśmy gumę i zamiast podnośnika używaliśmy pudeł z książkami. Ale książka trafiła na listy bestsellerów, robiliśmy dodruki, a potem kolejne wydania”.

I tak od jednej książki zaczęła się historia jednego z najciekawszych dzisiaj polskich wydawnictw, które od „Gottlandu” Mariusza Szczygła postawiło bardzo mocno na reportaż, literaturę faktu. Jeszcze kilka lat temu wydawcy niechętnie sięgali po reportaż. Przykład Czarnego, nominacje do ważnych nagród, Nike czy Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, wreszcie ogromne zainteresowanie tymi książkami, spowodowało, że coraz więcej wydawców dotąd specjalizujących się omal wyłącznie w literaturze beletrystycznej, zaczęło decydować się na wydawanie reportaży, widzieć w tym potencjał, również czytelniczy.

Genialna jest opowieść Moniki Sznajderman o prowadzeniu wydawnictwa właściwie z budki telefonicznej, o tym, jak cały ten mechanizm działa dzisiaj zdalnie.

„Działamy jak firma przyszłości. Nie podbija się karty zegarowej, nie ma wypasionych siedzib, każdy siedzi u siebie i pracuje przez łącza. Pracuję sama i tylko tak potrafię. Nie lubię bicia piany na zebraniach ani biznesowych lunchy. Mamy świetny zespół, wszyscy wiedzą, co robić. A ja w szlafroku, mieszając w garnku, odbywam rozmowy na wysokim szczeblu”.

Naprawdę chyba wytnę sobie tę rozmowę jako inspirację. Żeby nie pozwalać siebie złamać, żeby zawsze robić swoje, realizować zamierzenia i nie poddawać się nurtom. Żeby mieć gdzie myśli rozbujać.

Pani Moniko, kocham Panią!