Pocztówka z krainy zabawek

W nominacjach do Oskara widzę filmy, które tutaj polecałem, przede wszystkim „Jak zostać królem” i „Czarny łabędź” i szczerze cieszę się, że moje typy się potwierdziły.

Nie napisałem dotąd o „Toy Story 3”, który jest podobno na liście ulubionych filmów Quentina Tarantino, w co jednak mogę uwierzyć, bo „Toy Story 3” miejscami okrutne a na pewno bardzo smutne. Nie miałem ochoty na oglądanie bajki, w dzieciństwie prawdę mówiąc filmy animowane też średnio mnie interesowały.

Co innego, kiedy tato wyświetlał na drzwiach pokoju w Borzechowie bajki z projektora. Wsuwało się do tego projektora rolkę bajki przypominającą film z aparatu fotograficznego po wywołaniu, przesuwało się pokrętłem, a na ścianie czy drzwiach pojawiał się narysowany kadr z podpisem do odczytania – w jakimś więc sensie był to slajd komiksu, dosyć statyczny fotoplastikon, ale to przecież wyobraźnia ożywiała kadry.

A jednak zdecydowałem się obejrzeć „Toy Story 3” i powiem szczerze całkowicie wszedłem w ten narysowany świat porzuconych zabawek, z których się wyrasta, zabawek zamkniętych w więzieniu żłobka, dopingowałem, kiedy zdecydowały się na ucieczkę, miałem nadzieję, że ich życie nie zakończy się w czarnym foliowym worku na strychu, chociaż taka perspektywa była bliska. A nawet, przyznam się jakaś łza spadła w finale tego filmu, który trudno jest nazwać bajką. Czy na pewno „Toy Story 3” jest dla dzieci?

Wracam myślą do swojego dzieciństwa, do swoich bajek i myślę sobie, że uruchamiający wyobraźnię projektor na slajdy nie był taki zły, bo podpisy czytał tato, nie byliśmy z siostrą zostawieni w pokoju, przed telewizorem, sami z bajką. Pamiętam też winylowe płyty z bajkami dla dzieci. Do dzisiaj na pamięć znam niektóre fragmenty „Czerwonego Kapturka”, które na płycie interpretowała Irena Kwiatkowska: „Borem lasem przybiegłam tu sama, z lekarstwami przysyła mnie mama”. Było też „Ptasie radio”, a z telewizyjnej serii „Piątek z Pankracym” też powstała winylowa płyta, której chętnie słuchałem. Może stąd do dzisiaj moja miłość do radia, potrzeba teatru wyobraźni, intymnego spotkania ze słowem i z jego znakomitą interpretacją, a ona możliwa jeszcze jedynie w publicznym radiu.

A sam słucham teraz opowieści snutych w pociągu. Nie, tak naprawdę nie podróżuję. Dostałem właśnie książkę Paula Theroux „Wielki bazar kolejowy. Pociągiem przez Azję” (Wyd. Czarne 2010). Theroux wsiadł do Orient Expressu i postanowił napisać książkę podróżniczą inną od wszystkich, czyli napisać jak jest. Nie lukrować, nie chwalić, a pisać o swoich problemach, o swojej złości i irytacji; fantastyczne są portrety współpasażerów, jakie maluje. Zapisuje ich opowieści, pisze po prostu o życiu w pociągu. Nie lubię podróżować pociągami, ale trudno w Polsce lubić pociągi, za to z przyjemnością zanurzyłem się w tej książce, która sączy się wolno, za oknem przepływają pejzaże, omal słychać gwizd lokomotywy i miarowy stukot kół. Dzięki tej książce jestem w podróży Orient Expressem, mimo że od lat już nie jeździ i nabrałem ponownej ochoty na lekturę klasyki – „Morderstwa w Orient Expressie” Agathy Christie, kryminału, który uwielbiałem chodząc do liceum. Jestem pewny, że najważniejszym elementem pociągu są opowieści pasażerów.

*

I jeszcze post scriptum do wpisu na temat nowych zdjęć ołtarza Wita Stwosza. Czytelniczka tego bloga, pani Aldona doniosła mi, że wyszedł album z fotografiami Andrzeja Nowakowskiego, w dodatku opublikowany przez Agorę, jako suplement do serii „Historia Sztuki”. Zamawiam:

Wit Stwosz – album

*

A teraz już

Kanon na nowy blog, odcinek 4

Oczywiście jutro ciąg dalszy a dzisiaj swój wybór pięciu najważniejszych książek przygotował

Maciej Kowalewski, dramaturg, scenarzysta, reżyser i aktor:

1. „Podróże Guliwera” Johnathana Swifta. Ta książka pozwoliła mi przeżyć najgorszy okres dzieciństwa, który w gruncie rzeczy mnie zbudował. To najważniejsza powieść w moim życiu. Czytając ją, byłem w niej, całkowicie wyłączony z naszego świata.

2. „Mag” Johna Fowles’a. Wzbudziła we mnie zachwyt. Byłem Nicholasem Urfe na greckiej wyspie Phraxos, manipulowanym przez Maurice’a Conchisa. Wciąż jestem pod wpływem tego majstersztyku kreacji.

3. „Maszeńka” Vladimira Nabokova (i kilka jego innych książek). Najpiękniejsza opowieść o miłości w ogóle. Nigdy tak szczerze nie płakałem nad książką.

4. „Cyberiada” Stanisława Lema (i kilka jego innych książek). Kiedy ją czytałem, cieszyłem się z czystego geniuszu jednego z najlepszych powieściopisarzy-filozofów jacy kiedykolwiek istnieli. I na maksa zazdrościłem wyobraźni, złoszcząc się, że nigdy się do tego nie zbliżę jako twórca.

5. „Bóg urojony” Richarda Dawkinsa. To uzdrawiające, uczciwe i genialne dzieło. Po jego przeczytaniu jestem spokojny.