Życie duże i małe

No i po dniach deszczowych zatęskniłem za sierpniem w maju. Miło jest ciągle zaczynać, a przecież każdego roku coś domykamy i zaczynamy nowy rozdział. Wczoraj skończyłem 35 lat, po dwóch trudnych latach w styczniu poczułem nowe siły, zacząłem czuć, że jestem we właściwym miejscu w życiu, jakiekolwiek ono jest, ale jest moje, zrozumiałem, że nie muszę się szarpać, bo miejsce, w którym jestem zawsze jest moje. Oczywiście, nie wszystko ode mnie zależy, ale to jak się umoszczę i jak wyciągnę nogi siedząc na swoim wewnętrznym krzesełku, jak sobie tymi nogami pomacham, na to już nikt poza mną wpływu nie ma. I to jest miłe odczucie. A moje miejsce jest bardzo słoneczne. Nawet gdy wichura.

Scena z filmu "Do widzenia do jutra" Janusza Morgensterna, którego współscenarzystą był Wilhelm Mach

To ciekawe, bo kilka dni temu sięgnąłem po książkę zapomnianego Wilhelma Macha „Życie duże i małe”, zawsze fascynowała mnie biografia Macha, mam nadzieję, że pani Julia Hartwig napisze o tym trochę w nowym tomie dziennika, bo jak wiem z naszych rozmów, znała Macha dobrze poprzez przyjaźń z Kazimierzem Brandysem i jego żoną. Więc otworzyłem teraz i czytam: „I jednak wszystko, co było, jawi mi się wyraźne i na wskroś przejrzyste, w świetle jakby prześwietlającym wszelki opór rzeczy, i nie tylko rzeczy, ale także cudzych myśli i spraw, nawet tajemnic. Nie ma w istocie  takiego światła, tak nieodpartego, a o niewiadomym źródle. Może to zmierzch sprawia, że obrazy wspominane przybierają sobie inne prawidła perspektywy – odchodzą wprawdzie jeszcze głębiej w przeszłość, ale jednocześnie zbliżają swym kształtem, barwą tuż przed źrenice pamięci, tuż pod dotyk rąk. Zmierzch czy co innego – dzieje się to tak właśnie, a nie inaczej”.

Przecież taki fragment mógłby spokojnie napisać Thomas Bernhard, którego „Wymazywanie” wciąż jeszcze spaceruje swoimi ścieżkami, kiedy się wyciszam, zamyślam albo kiedy słyszę rytm tej niezwykłej powieści.

Książki mają swój czas. Najlepiej, kiedy się nam przytrafiają w tym akurat momencie, kiedy są najbardziej potrzebne. Kiedy spotykają się z nami we właściwym miejscu i we właściwym czasie.

Uśmiecham się, kiedy to piszę, bo zerkam na ogrodowego krasnala, którego dostałem wczoraj w prezencie urodzinowym od przyjaciół, a którego wprowadziłem do pracowni, żeby patrzeć jak się złości, bo to jest krasnal, który się złości. Pięcioletni Gabryś powiedział, że ma na imię Krasnal, a na nazwisko Ogrodowy. Więc pan Krasnal Ogrodowy zamieszkał w pracowni i śmieszy mnie, kiedy się złości, a złościć się nie przestanie. Chyba, że zdecyduje, że jest lepsze miejsce na złość niż pracownia. Zobaczymy, jak nam się razem będzie dogadywało przy pracy. Ale poczucie abstrakcji miłe.

Dzisiaj słuchałem wierszy Jarosława Iwaszkiewicza na jazzowo, z muzyką Włodka Pawlika, w wykonaniu wspaniałych Lory Szafran i Marka Bałaty, ale również w interpretacji aktorskiej Roberta Więckiewicza. Wspaniała płyta, również prezent urodzinowy, idealna dla kogoś, do kogo Iwaszkiewicz z dnia na dzień i z miesiąca na miesiąc przemawia wyraźniej. Kiedy rozmawiałem z panią Ewą Lipską, z którą teraz przez kilka dni obcuję opracowując naszą rozmowę, powiedziała, że Iwaszkiewicz powinien był dostać Nobla. Jego wiersze i proza wciąż odsłaniają swoje ukryte przestrzenie, chociaż pozornie są przezroczyste.