Teraz

Cudny dzień. Wyjątkowo piękny sierpień tego maja (no, powiedzmy maja, bo właściwie zaczął  się już długi majowy weekend). A przyspieszam do maja, bo to mój najważniejszy miesiąc w roku. Zazwyczaj przełomowy. Drugiego maja minie rok pod nowym adresem. Brzoza, która wydawało się, że usycha, wypuściła nowe liście. To samo grusza. Czekam na rododendrony w ogrodzie, glicynie przy wejściu. No i kibicuję magnolii, mam nadzieję, że się przyjmie. Na razie wygląda na to, że się aklimatyzuje. Jeszcze w zeszłym tygodniu nieśmiałe zalążki pąków, teraz zaczęły się równie nieśmiało, ale jednak otwierać.

Zanurzam się na nowo w „Wymazywaniu” Bernharda. Wielka powieść. Nie dziwię się Krystianowi Lupie, że oddał jej tyle energii. Ważna, dla mnie ważna książka. Zakreślam zdanie po zdaniu. Właściwie zamieniam tę powieść w mapę emocji, wątpliwości, odkryć.

Rano biegałem, a nawet miałem uczucie, że to chód. Wyjątkowo powolne bieganie, bo nagle, w tym słońcu, w tej pogodzie wszystko mnie interesowało – uchylone okna, psy wyprowadzane na spacer, niespiesznie dzisiaj idący ludzie, soczysta zieleń drzew, trzy koty w oknie jednego z bloków, jakaś pani przewieszona przez framugę okna. W drodze do domu „Gazeta”. Przy kawie lektura. Zacząłem od fantastycznego tekstu o polskiej miłości do książek Sandora Maraiego „Czy da się z polskością żyć w pokoju?” autorstwa Szczepana Twardocha. Czytałem niektóre powieści Maraiego, również jego dzienniki. O ile proza zawsze do mnie trafiała, to dzienniki wydawały mi się chimeryczne. Ale ten tekst otworzył mi oczy w wielu kwestiach. Czytanie kolejnych jego książek jako jednej wielkiej Bildungsroman. W samobójstwie Maraiego upatruje Szymon Twardoch puenty tej wielkiej światowej epopei: „Jestem od niedawna przekonany, że puenty szkodzą literaturze. Puenta to zwykle efekciarskie kuglarstwo, nie literatura. Jedynie śmierć jest dobrą, godną puentą. I tak właśnie kończy się ta powieść, która składa się z okruchów życia pisarza przefiltrowanych przez Maraiego talent, przez jego literackość. Powieść, która jest moim zdaniem równa największym powieściom Europy. A żywię przekonanie, że powieść jako taka to w ogóle jedna z największych rzeczy, jakie się Europie w ogóle przytrafiły”.

Zaskakująco trafne słowa Twardocha, że w Polsce na wiosnę widzi się raczej Polskę niż wiosnę. Marai jest Węgrem, ale Węgry nie są jego obsesją. „Czy tak się da z Polską? Z polskością? Nie wyrzekać się ani dla niej nie płonąć? Może to jest odpowiedź na pytanie o niesłychaną popularność Maraiego w Polsce?” Pisze Szczepan Twardoch, że Marai od czytelnika wymaga wrażliwości, obycia, erudycji, ale w zamian „daje pewność, że wielka literatura nie musi wałęsać się po marginesach życia”.

Wspaniały tekst.

I znowu napisałem nie o tym, co chciałem. Miałem pisać o „Nietykalnych” i miałem napisać o swoim zdziwieniu, że dziennikarskie środowisko nie doprowadziło do jakiejś prawdziwej debaty po oskarżeniach skierowanych przeciwko Teresie Torańskiej przez polityków, z którymi rozmawiała. I że to była być może ostatnia szansa na prawdziwą debatę. A może jeszcze jest szansa. Dlaczego nas, dziennikarzy, nie interesuje nasz własny zawód? Dlaczego nie zabieramy głosu w jego obronie? Dlaczego nie stajemy solidarnie z Teresą Torańską? Dlaczego nie krzyczymy właśnie teraz, kiedy to jest potrzebne? Dobrze, wrócę do tego.

EWA LIPSKA

TERAZ

Droga pani Schubert, noszę już na sobie Jutro.

Płaszcz Przyszłości, który mi pani uszyła w naszej

wczesnej młodości. Czy pamięta pani jeszcze puls

guzików, na które zapinaliśmy się?

(z tomu „Droga pani Schubert…”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012).