sam na sam ze Sławomirem Mrożkiem

Zacznę od cytatu z Andrzeja Mleczki (z wywiadu Donaty Subbotko w „GW” z 24-25 marca 2012): „Po spotkaniu z Mrożkiem każdy w miarę wrażliwy człowiek ma ochotę wejść na 20. piętro i skoczyć na głowę. Powiedziałem mu, że jadę do Warszawy, on – że też i mogę się  z nim zabrać. W przeddzień wyjazdu zadzwonił w nocy: Panie Andrzeju, mam przeczucie, że jutro w samochodzie mogę się w ogóle nie odezwać, czy to panu nie będzie przeszkadzać?.  Nie jestem gadatliwy, ale na wszelki wypadek odpowiedziałem: Właśnie miałem do pana dzwonić, że nie mogę jechać.

Dlaczego to pana zestresowało, pan też samotnik, prawda?

– Tak, ale nie dzwonię do ludzi po nocach, że nie będę z nimi rozmawiał następnego dnia. Poza tym mam dość własnej depresji. Kiedyś zrobiłem taki rysunek: jest para i ona mówi do niego: Twoja depresja przy mojej depresji jest doprawdy śmieszna. To mógłbym być ja i Mrożek”.

foto Filip Klimaszewski/Agencja Gazeta

Ten cytat to w gruncie rzeczy zapowiedź mojej rozmowy ze Sławomirem Mrożkiem, która ma tytuł „Odpowiem zza grobu”, a która ukazała się w majowym „Zwierciadle”, numer od dzisiaj w kioskach. Chyba dopiero po tej rozmowie moja Mama zrozumiała, jak ciężkim zawodem jest dziennikarstwo, bo zadzwoniła do mnie i powiedziała, że bardzo mi współczuje, że widzi, jak ja w tej rozmowie kluczę, jak szukam tematów, jak staram się uzyskać cokolwiek i jak obrywam raz po raz od dramaturga, którego przecież uwielbiam. Skala trudności tego zadania była chyba najwyższa z dotychczasowych. Wśród najtrudniejszych rozmówców są chorwacka pisarka Vedrana Rudan, Cesaria Evora bez wątpienia, ale nikt dotąd mnie tak nie zmasakrował jak Mrożek. Może nie skoczyłem na główkę z dwudziestopiętrowego wieżowca, ale myślałem o tym po wyjściu z tej sali straceń, w jakiej odbywało się nasze spotkanie.

Majowe „Zwierciadło” bogate i ciekawe, bo minęło właśnie 55 lat pisma i jestem szczęśliwy, że od trzech lat w maleńkim stopniu je współtworzę przeprowadzając wywiady z piekielnie interesującymi bohaterami, a byli wśród nich Marian Kociniak (jeszcze przed naszą książką, to był jego pierwszy wywiad prasowy po 50 latach i mój pierwszy w „Zwierciadle”), Allan Starski, Ewa Szykulska, Ewa Podleś, Henryka Krzywonos, Zofia Posmysz, Hanna Krall, Teresa Torańska, Kasia Nosowska, Magda Łazarkiewicz, Agnieszka Holland, Robert Więckiewicz, Iza Kuna, Agata Nowicka, Agnieszka Drotkiewicz, Dorota Masłowska, Hanna Samson, Jean-Claude Carriere, oj długo mógłbym wymieniać, słowem kilkadziesiąt godzin rozmów, w sumie kilka pełnych dni, jakie miałem okazję oddać rozmowie, jaką lubię.

Z tego miejsca chciałbym złożyć życzenia wszystkim Kolegom z redakcji „Zwierciadła”, współtworzącym pismo i Czytelnikom. Chciałbym też podziękować Mananie Chyb, byłej redaktor naczelnej, która zaprosiła mnie do tej współpracy, Kasi Montgomery, obecnej naczelnej i Ani Bimer, zastępczyni naczelnej, z którymi jestem w najbliższych relacjach i z którymi współpraca jest inspirująca i dla mnie ważna.

Lekturę „Zwierciadła” prawie zawsze zaczynam od felietonów, a od wielu lat jestem wiernym czytelnikiem Tomasza Jastruna. Czytałem jego „dziennik” w paryskiej „Kulturze”, który publikował jako Smecz, czytałem później w „Rzeczpospolitej”, kiedy była w swojej najwyższej formie, czytam i teraz. Swój najnowszy felieton napisał o ludziach, którzy nienawidzą. I muszę wypisać zdanie, które mnie uderzyło prawdą w nim zawartą: „Nienawiść to cierpienie, które w lepkim mroku nie potrafi znaleźć choć drobinki światła”.

Wypisałem, bo warto zapamiętać. Zamiast mroku lepiej wybierać światło. Stać w nim, a czasem je odbijać. Miałem dzisiaj napisać o filmie „Nietykalni”, który widziałem wczoraj w kinie, i na którym – muszę się do tego przyznać – się po prostu popłakałem. Sorry Gregory. To też film o jasności, o tym, jak ważne jest światło w każdym życiu. Ale o tym napiszę pewnie jutro.