poranne światło

Chciałbym, żeby w Polsce wychodziło takie pismo jak „New Yorker”, żeby dziennikarstwo miało taki wymiar i taką przestrzeń. Chciałbym, żeby w Polsce w taki sposób pisano o teatrze i recenzowano spektakle. Kiedy kilka tygodni temu czytałem w „New Yorkerze” recenzję ze spektaklu „Śmierć komiwojażera” z Philipem Seymourem Hoffmanem to wiedziałem, jak jest inscenizowany, jak oświetlany, jak grany. Poza kontekstem, w jakim Arthur Miller napisał sztukę, również współczesne odniesienia. Z naszej, „polskograjdołkowej” perspektywy to była właściwie nie recenzja a pogłębiona analiza. Ale z perspektywy amerykańskiej recenzja. Kiedy wczoraj, czy przedwczoraj w „New York Timesie” przeczytałem tekst o „Uroczystości” w reżyserii Grzegorza Jarzyny, granej teraz w nowojorskim St. Ann’s Warehouse też miałem wrażenie, że ten tekst oświetla mocniej, jaśniej, precyzyjniej spektakl Jarzyny niż to zrobiono w polskiej prasie. Nie chcę narzekać, ale kiedy czytam recenzje polskich autorów, to jakby spektakle nie były grane, jakby nie były współtworzone przez dźwiękowców, kompozytorów, reżyserów świateł, speców od przestrzeni, choreografów. Nie mówiąc już o coraz częstszych wycieczkach pod adresem widzów, co jest już niewybaczalne. Kiedy oglądam spektakl, a potem czytam, że on jest dla pseudointelektualistów, kucharek, zadowolonych lub niezadowolonych z życia, niewymagających itd., to naprawdę się wściekam. Jakim prawem recenzent robi wycieczkę pod moim adresem, bo poszedłem do teatru? No, dobrze, ale nie o tym, miałem o nowym numerze „New Yorkera” i do niego wracam.

Cieszy, że Polacy nareszcie są ważnymi obywatelami świata, że polscy artyści mogą stanowić punkt odniesienia. Naprawdę cieszą mnie zaproszenia na „Uroczystość” Jarzyny, tak jak cieszy na przykład repertuar Metropolitan Opera, i „New Yorker” polecający spektakle z udziałem na przykład Piotra Beczały. W tym tygodniu na afiszu MET „Manon” z Anną Netrebko i Piotrem Beczałą. Fantastyczne też, że te realizacje możemy oglądać na żywo, w transmisjach do ponad 1200 teatrów na całym świecie. Świat stał się tak bardzo nasz. Tak bardzo swój. Właściwie bez granic. Ale pisać to, to tak właściwie pisać komunały.

Harry Kessler

Skręcę więc od razu w jedną ze ścieżek nowego „New Yorkera”, do fantastycznego tekstu „Dziennik estety” Alexa Rossa poświęconego grafowi Harry’emu Kesslerowi. Wiele mówiące zdanie umieszczone pod tytułem: „Graf Harry Kessler spotkał każdego i widział wszystko”. Przyznam się, że o Kesslerze nigdy nie czytałem, ale nie mogłem nie przeczytać tekstu, który zaczyna się akapitem, z którego dowiadujemy się, że w 1983 roku  na Majorce pewien pracownik banku otworzył sejf, który ukrywał zamknięte w nim na pięćdziesiąt lat trzy odręczne dzienniki, każdy oprawiony w marokańską skórę. Należały do niemieckiego dyplomaty Harry’ego Kesslera, żyjącego w latach 1868 – 1937. To zresztą podwójnie ciekawe, bo w 1971 roku ukazała się jakaś część odnalezionych dzienników Kesslera, jednak wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że to nie są wszystkie. Zdaniem Alexa Rossa Kessler napisał tak naprawdę świadectwo końca wieku. Bo kogóż nie znał. Jadał kolacje z Rodinem, przyjaźnił się z siostrą Nietzschego i pojawił się w jej domu, kiedy zajmowała się chorym na demencję bratem. Kiedy Nietzsche zmarł to właśnie Kesslera poprosiła o pomoc w pochówku. Już nie mówiąc o tym, że to Kessler zamknął oczy zmarłego filozofa. Kessler znał Verlaine’a, odwiedzał studio Moneta w Giverny, chodził na kolacje z Degas, pożyczał pieniądze Rilkemu, inspirował Straussa i Hoffmannsthala, przyjaźnił się z Diagilewem, Niżyńskim, Cocteau. Znał Sarah Bernhardt i Josephine Baker. Właściwie znał wszystkich, był kronikarzem swojego czasu, jak pisze Alex Ross miał bez wątpienia zacięcie reporterskie. Zostawił po sobie obraz epoki, jakiego nikt inny chyba zostawić nie mógł. Do tego wiódł bujne, bogate życie, był świadkiem i uczestnikiem historii, w 1914 rzecz jasna trafił na front i też oddał w dzienniku atmosferę wojny, w sposób, jakiego mógłby mu pozazdrościć niejeden pisarz. A gdyby jeszcze wspomnieć o niezwykłym spotkaniu z Tomaszem Mannem w 1937 roku niedaleko Zurychu. A jeżeli ktoś widział rzeźbę „Cyklista” w Musee d’Orsay w Paryżu, to przedstawia ona wielką miłość i fascynację Kesslera. Z Mannem łączyło go wiele, choćby jak pisze Alex Ross „ucieczka z ekscentrycznego nacjonalizmu do ekscentrycznego socjalizmu”.

A gdyby wspomnieć o niezwykłej jego wierze w sztukę, o jego przekonaniu, że należy zrobić wszystko, aby nie stało się za późno na oglądanie „porannego światła dzieł sztuki”.

Nabrałem wielkiej ochoty na lekturę dzienników Kesslera, tych wcześniejszych i tych późniejszych. Chciałem sprawdzić, czy były opublikowane w Polsce. Nagle trafiłem w sieci na biogram Kesslera, który ma też swój polski kontekst, oto był odpowiedzialny za kontakty władz niemieckich z Józefem Piłsudskim w czasie jego internowania w Magdeburgu, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości został pierwszym akredytowanym w Warszawie dyplomatą. Więc  jest szansa, że te dzienniki odmalowują też ówczesny pejzaż Warszawy. Mam teraz jeszcze większy apetyt na te dzienniki. Zajrzałem do katalogu Biblioteki Narodowej i nie wynika z niej jakoby dzienniki Kesslera ukazały się w Polsce. Zresztą dostępne jest tylko angielskie i niemieckie wydanie tych wcześniejszych, sprzed odkrycia w banku na Majorce.

Dlatego namawiam Wydawców, aby nie przegapili dzienników Kesslera, które bez wątpienia cieszyłyby się w Polsce zainteresowaniem.

EWA LIPSKA

POEZJA

Droga pani Schubert, dobrze, że jest jeszcze

taki kraj, który jest wszędzie i nazywa się Poezja.

(z tomu „Droga pani Schubert…”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012)