zawsze niebo

Mógłbym napisać, że nie wychodzę z teatru, bo rzeczywiście prawie codziennie coś oglądam. We czwartek w Videoteatrze Poza Jolanty Lothe i Piotra Lachmanna, w Pałacyku Szustra przy ul. Morskie Oko obejrzałem spektakl dedykowany jednemu z moich ulubionych poetów, Tadeuszowi Różewiczowi. Że lubię Videoteatr Poza pisałem kilkakrotnie, od lat śledzę kolejne premiery. Tym razem na ekranie Tadeusz Różewicz, chyba jakiego nie znamy, a na scenie Jolanta Lothe i Jarosław Boberek we fragmentach tekstów Różewicza i Helmuta Kajzara. Różewicz goli się. Ale na innym ekranie ogląda siebie golącego się (siedzi na maleńkiej widowni Videoteatru, czyli tam, gdzie my) i mówi, że w końcu jest aktorem i że to mu się podoba, że nie ma słów, tylko że jest akcja. Ewentualnie, żeby podłożyć muzykę. W innej scenie mówi o zdewaluowaniu wartości dzisiaj, o tym, że aktor wziął na siebie rolę wypowiadania niewyobrażalnych bzdur na każdy temat. Nie może się nadziwić, co aktorzy plotą w telewizji i wywiadach. W innej scenie mówi, że jedynie pustka się wścieka. Pełnia nie wścieka się nigdy. Pustka się wścieka, bo nie ma innej możliwości, żeby zaistnieć. W innej scenie z rozkoszą otwiera puszkę z piwem i mówi: w żadnej telewizji, by tego nie puścili. Różewicz – dramaturg, poeta (w filmie czyta swoje wiersze), filozof, figlarny chłopak. I chociaż film wykorzystany w spektaklu nagrano przed laty, brzmi mocno, aktualnie, świeżo, ożywczo – może dlatego, że już właściwie nie ma autorytetów, które zabierałyby głos w sprawie ocalenia jasności, jaka bije od człowieka i rozświetla społeczeństwo zapalając je do nieustannego rozwoju, jaka pobudza do myślenia, jaka każe zatrzymać się nad sobą i nad tym, co naprawdę istotne, która w każdym fragmencie pozwoli dostrzec całość.

Skończyłem właśnie czytać, po raz drugi, najnowszą powieść Anny Boleckiej „Cadyk i dziewczyna” (wyd. Czarna Owca, 2012), bliską istocie tego spektaklu. Obserwujemy świat, który za moment pochłonięty zostanie przez wojnę. Ale jeszcze trwa – jest sanatorium w Otwocku, jest poszukująca sensu Pola Rubin, która odnajduje w Otwocku swoją miłość, niemieckiego Żyda, Steina, czytającego z dłoni. Przygląda się młodej żydowskiej dziewczynie, Muszce, córce znanego rabina, którego w absolutnie sensacyjnych okolicznościach Niemcy wywiozą z warszawskiego getta, najpierw na Wschód, by móc ostatecznie uratować go, przecież nie bezinteresownie, z Zagłady i wysłać do Ameryki. Jest historia księgozbioru rabina, który także trzeba ocalić. Jest wreszcie rebe Rachmiel, który wydaje się być prawdziwym światłem. Jest to historia przetrwania – w czasie wojny – i historia przetrwania w sobie.

„Pomyślała, że teraz trzeba się uczyć od zwierząt i roślin strategii przetrwania. One żyją chwilą, która trwa. To, co będzie, nie istnieje. Liczy się tylko ta chwila. Więc czemu by nie dać sobie choć kilku dni szczęścia, bez zastanawiania się, rozważań lęku?”

I Pola postanawia takie chwile sobie i Steinowi dać. Ocalić to, co jeszcze można ocalić. O takich chwilach pisał Marek Edelman w swojej wielkiej przypowieści „I była miłość w getcie”.

Powieść Boleckiej ukazuje świat sprzed Upadku. Mówi Stein: „Trzeba znaleźć ten punkt równowagi, kiedy wszystkie elementy się dopełniają.

– Ale jak tego dokonać? – spytała. – Skoro upadliśmy i upadamy wciąż. Jak przypomnieć sobie całe piękno tamtego świata?”.

W innym miejscu: „Podeszła do okna, uchyliła firankę i patrzyła w okna domu naprzeciwko. Widok, który zwykle ją przygnębiał, teraz wydał jej się w blasku letniego dnia prawie radosny. Tak, życie to potężna siła i niełatwo daje się zdławić, stwierdziła(…) To zabawne, że ludzie nie wstydzą się kłamać, obgadywać bliźnich, kłócić się, a ukrywają dobro, które jest w nich”.

I w innym miejscu: „W sobie samych trzeba szukać źródeł zła i chronić tę odrobinę dobra, która w nas jest. Dobro należy wydobyć na powierzchnię i uprawiać jak żyzną glebę”.

I w innym miejscu: „Od zawsze było we mnie coś prawdziwego, coś dobrego, ale żyłam obok tego. Wstyd mi, że dopiero nasze gęste od prawdziwego cierpienia istnienie nauczyło mnie najprostszych prawd”.

Nie jest daleka Różewiczowi ta mądra i głęboka powieść. I Bolecka i Różewicz nie tylko podejmują te same tematy, ale czerpią też wodę z podobnych źródeł. Choćby z Franza Kafki (już właściwie symboliczne wydaje się, że Bolecka była redaktorką „Pułapki” Tadeusza Różewicza). Jedną z najważniejszych książek Anny Boleckiej jest „Kochany Franz”. Wciąż czerpie z tego krystalicznego źródła. Kiedy czytałem rozważania Poli, czy w tym przerażającym czasie wojny urodzić dziecko, właściwie jakbym słyszał Kafkę, który nigdy nie chciał zostać ojcem.

„Myśl, że naraziłaby tę bezbronną istotę na cierpienia, nie dawała jej spokoju. Nieomal widziała, jak ludzie o kamiennych twarzach tratują maleńkie ciało swoimi ciężkimi buciorami. Skąd wziął się ten obraz, nie wiedziała, ale pojawiał się uparcie i nie dawał się odpędzić”.

Zresztą mam poczucie, że kolejne powieści Boleckiej są kolejnymi rozdziałami do tego, co rozpoczęła swoją powieścią „Biały kamień”. A może nawet wcześniejszą, dziecięcą „Leć do nieba”.
Nagle „Cadyk i dziewczyna” podejmuje różewiczowski temat „zawsze fragmentu” i potrzeby dostrzeżenia całości: „Rozproszone fragmenty zaczęły powracać na swoje miejsce, a ona zrozumiała, że całość zawsze istniała, tylko ludzie wokół utracili zdolność widzenia jej. Jakby potracili wzrok, słuch i smak”.

No i właśnie o tym również mówił Tadeusz Różewicz w spektaklu Jolanty Lothe i Piotra Lachmanna. By szukać, by widzieć, by ratować. By rodzić. Znakomita Jolanta Lothe we fragmentach ze „Stara kobieta wysiaduje”.

„Jeśli nawet pozostanie nam tylko jedna ciasna uliczka, którą popędzą nas gdzieś w niewiadomym kierunku, to przecież nad nią jest całe niebo” – powiedziała Pola, której postać powstała z inspiracji biografią Etty Hillesum, której Bolecka zadedykowała swoją książkę.

Zawsze, kiedy opuszczam powieść Boleckiej, jestem trochę smutny, że nie będzie mi dane ratować się w niej od nowa. Czasem wracam. Tak jak w przypadku „Cadyka i dziewczyny”, którą to powieść czytałem jeszcze w maszynopisie. I jeszcze parę zdań wypisanych z książki, żeby ich nie uronić, bo ważne:

„Tylko święci wyrywają zło z korzeniami. Zwykli ludzie potrafią zaledwie przenosić je z miejsca na miejsce”.

„Nie można być wciąż polem walki. Czasem warto opuścić umysł i zanurzyć się w ciele, a potem porzucić ciało i pozwolić mu cierpieć bez naszego udziału”.

Uwielbiam jeszcze fragment dotyczący odnalezienia ksiąg rebego. Czy tak nie mógłby wyglądać moment odnalezienia rękopisów Kafki, które w sporej części przepadły w archiwach gestapo, skonfiskowane z mieszkania Dory Diamant?

Tadeusz Różewicz uśmiecha się. Pola uśmiecha się. Tak uśmiechała się Milena Jesenska, kiedy wystawiała twarz do słońca, nawet w terrorze Ravensbruck. Uśmiech tych, którzy potrafią ocalać. W sobie, w nas, w książkach. Zobaczyć więcej. Całość. To wydaje się możliwe.

Nie o czym innym jest zanurzony w beznadziei tekst Nikolaja Kolady „Merylin Mongoł”, którego premiera w reżyserii Bogusława Lindy odbyła się wczoraj w Teatrze Ateneum. Widziałem piątkową próbę generalną. Mocny, dający do myślenia tekst, świetny spektakl i znakomite aktorstwo. Agata Kulesza stworzyła chyba jedną z istotniejszych postaci kobiecych w teatrze, jakie ostatnio widziałem. Uderza po głowie. I nie wychodzi z niej. Myślę o jej roli od piątku, a to coś znaczy.

Jutro, w warszawskiej redakcji Gazety Wyborczej, o 19.00 będę prowadził rozmowę z Bogusławem Lindą, zapewne nie tylko o tym spektaklu. Zapraszam. To już trwający od pięciu lat cykl „Teatr, muzyka, kino w Gazeta Cafe”.