Wszystkie odloty Cheyenne’a

Że Sean Penn to aktor tej klasy co Meryl Streep, jej męska wersja – aktor gotowy do każdej metamorfozy, o tym przekonywać nie trzeba. Dowodzi tego każdym kolejnym filmem. Zaskoczył mnie po raz kolejny.

Wczoraj poszedłem do kina na „Wszystkie odloty Cheyenne’a” (oryginalny tytuł „This Must Be The Place” – zadziwiające, skąd w Polsce tak często tak odległe od oryginału tytuły) w reżyserii Paolo Sorrentino. Dawno nie widziałem tak zapładniającego głowę filmu. Z Cheyennem znów wyobraźnia wędruje „kędy chce”. Tytułowy Cheyenne grany przez Penna to „emerytowany” muzyk rockowy, który sam dla siebie jest katastrofą, o czym mówi w fenomenalnym monologu przed grającym samego siebie Davidem Byrnem z Talking Heads.

W pierwszej scenie filmu, ledwo stojący Cheyenne maluje usta i oczy, robiąc się na Roberta Smitha z The Cure – jest to o tyle mylące, że to nie jest film biograficzny. Cheyenne ma powierzchowność Smitha, na pewno, zaś sposób mówienia, poruszania się przypomina bardziej dzisiejszego Ozzy’ego Osborne’a, jakiego znamy z reality show. Jednak niech nic nas nie zwiedzie Cheyenne to Cheyenne, z absurdalnym poczuciem humoru, jeśli mnie kogoś naprawdę Cheyenne przypominał to raczej Forresta Gumpa, który mógłby być taki, gdyby był rockmenem.

Poznajemy Cheyenne’a z jego małymi obsesjami – codzienną wyprawą do galerii handlowej (zawsze ciągnie za sobą torbę na kółkach, w dalszej części filmu również walizkę na kółkach, co ma też swoją fabularną kontynuację), odgrzewaną pizzą, grą na giełdzie akcjami Tesco… Oczywiście codziennym makijażem. Codziennym robieniem siebie na Cheyenne’a.

Dosyć abstrakcyjne poczucie humoru, specyficzny rytm tego filmu powoduje, że o, już jesteśmy wciągnięci, już jesteśmy w samym środku tego opowiadania. Najpierw odsłania się jakaś mroczna tajemnica związana z Cheyennem i młodymi ludźmi, na których miał wpływ, by po chwili przenieść akcję do Nowego Jorku, gdzie Cheyenne jedzie pożegnać ojca. Cheyenne odwiedza dom rodzinny (nie rozmawiał z ojcem przez trzydzieści lat), wygląda tu dość oryginalnie w otoczeniu ortodoksyjnych Żydów. Ktoś z rodziny przekazuje mu pamiętnik zmarłego ojca. Wynika z niego, że ojciec, były więzień Auschwitz, całe życie żywił się obsesją odnalezienia nazisty, który upokorzył go w obozie. Był już nawet bardzo blisko, bo widział jego żonę, nauczycielkę historii w katolickiej szkole w jednym z małych amerykańskich miasteczek. Cheyenne odwiedza łowcę nazistów, Mordechaia Midlera, który jednak wydaje się być zainteresowany jedynie lokalizacją żydowskiego złota. Mimo to…

No właśnie, nie będę opowiadał filmu, tak precyzyjnie opartego na zwrotach akcji.  Ze sceny na scenę świat Cheyenne’a stawał się moim. Wielka zasługa tej opowieści. I tak jak mówi Cheyenne, coś tu się nie zgadza. Wszystko się zgadza, bo coś się nie zgadza. A to ulicą nagle przechodzi facet w kostiumie Batmana, a to między Cheyennem a facetem, który ma wytatuowane całe ciało dochodzi do zaskakującej wymiany myśli, a to w aucie Cheyenne’a nagle pojawia się Indianin i wyruszają w drogę. Bo choć pozornie nic się nie zgadza, to w świecie Cheyenne’a zgadza się wszystko.

Cheyenne chce coś zmienić, dotknąć dawnego siebie, może po prostu coś poczuć. Podróż w poszukiwaniu starego nazisty, chyba nie ma przynieść zemsty, może nawet nie ma dokończyć zaczętego przez ojca Cheyenne’a dzieła, raczej staje się okazją do przywrócenia czegoś, co Cheyenne stracił, a może po prostu pożegnania się z tym wykreowanym facetem, z którym chyba już niewiele ma wspólnego.

Muszę tu jeszcze chociaż dwa słowa o Frances McDormand (laureatka Oscara za „Fargo”), która zagrała żonę Cheyenne’a, strażaczkę (nie wiem, czy taka jest żeńska forma strażaka), mimo trzydziestu lat małżeństwa nadal w nim zakochaną, w niego wpatrzoną, uwielbiającą jego świat. Ich dialogi są równie absurdalne jak rozmowy Woody’ego Allena z Diane Keaton w „Tajemnicy morderstwa na Manhattanie”. Jedna z piękniejszych kinowych par, jakie ostatnio widziałem.

„Wszystkie odloty Cheyenne’a” to film zapadający w pamięć, kreujący świat, z którego nie chce się wyjść, mający inteligentne, nie pozbawione ironii poczucie humoru, ale nie jest to film tylko lekki. Przynajmniej dwa monologi uderzają po głowie – poza tym, który już wspomniałem jest też monolog Aloise’a Langego (wstrząsający niemiecki aktor Heinz Lieven) o tym, gdzie był Bóg w Auschwitz. „Wszystkie odloty Cheyenne’a” to film, który bez wątpienia stanie się kultowy. Również za sprawą muzyki Davida Byrne’a.

Dla mnie odlot!

PS A ja chciałbym zobaczyć Penna jako Charlesa Bukowskiego, pisarza, z którym się przyjaźnił, którego życiorys sam w sobie jest bogatym, fascynującym materiałem filmowym.