tylko

Jestem, jestem. Tylko…

Głowa zajęta, bo kot Alfredo jak w niedzielę wyszedł z domu, tak dotąd nie wrócił.

Kończę szlifować tekst nowej sztuki, ciągle coś dłubię w dialogach, skreślam, poprawiam, zmieniam słowa.

Różne zawodowe spotkania i zajętości.

I przygotowania do spotkań i rozmów.

Lektury.

Niedzielna Łódź była bardzo energetyczna. Lubię Teatr Mały w Manufakturze. Ma dobrą energię. Nasze wydarzenie dedykowane Cesarii Evorze, mam wrażenie bardzo osobiste z powodu opowieści Elżbiety Sieradzińskiej. Pokazała publiczności Evorę, jakiej nie znamy, opowiedziała też o ostatnich spotkaniach, rozmowach, również o pogrzebie diwy. Nie pamiętam, żeby w telewizji była jakaś relacja z pożegnania artystki. A potem Elżbieta zaśpiewała i widziałem, że oszołomiła publiczność. Marzena powiedziała, że kiedy Elżbieta bierze góry, to ma głos podobny do Streisand. Eli towarzyszył zespół Costa Nova. To nie były piosenki Cesarii, rozumiem decyzję Elżbiety, żeby ich nie śpiewać. Wszyscy mamy w głowie głos Evory, jego afrykański rytm i feeling. Ela śpiewała głównie swoje piosenki, chociaż wśród tekstów był też wiersz Marty Fox. Śpiewała również dla i o Cesarii. To był naprawdę miły wyjazd i miły wieczór. A kiedy wracaliśmy, księżyc wisiał jak dojrzała pomarańcza z pochylonej gałęzi.

A wczoraj, 13 marca, były urodziny Piotra Łazarkiewicza. Pamiętam. Powiedział kiedyś: „Kiedy studiowałem w Katowicach, rozmawialiśmy na zajęciach z Krzysztofem Kieślowskim o tym, że reżyser filmu dokumentalnego musi mieć w sobie pewien hamulec, aby wiedział, kiedy trzeba wyłączyć kamerę”.

Krzysztof Kieślowski wyłączył kamerę 13 marca 1996 roku.

Rozpisuję plan na najbliższe tygodnie. Muszę przede wszystkim dokończyć redakcję powieści. Ale niewiele mi już zostało. Za jakiś tydzień powinienem ją wysłać wydawcy.

I chciałbym jeszcze tyle napisać, ale głowa zajęta.

No i krzątać się trzeba. Pochodzić i pokrzątać.