walczę, żeby wygrać

Skoro poprzednio pisałem, że kino jest bliżej nieba, to rzeczywiście coraz częściej jestem w kinie, za moment Oskary i trzeba obejrzeć te filmy, które zostały dostrzeżone nominacjami. Oskara dla Meryl Streep za „Żelazną damę”, którą obejrzałem wczoraj, jestem pewny.

Nie wiem, skąd wzięła się Meryl Streep na świecie, ale na pewno nie z brzucha. Nie można powiedzieć, że potrafi zagrać wszystko, po prostu potrafi być każdym.

Ile jej metamorfoz już widzieliśmy, od czasu jej przejmującej roli w „Łowcy jeleni”? A w ostatnich latach – introwertyczna Clarissa w „Godzinach”, despotyczna Miranda w „Diabeł ubiera się u Prady”, bezwzględna siostra zakonna w „Wątpliwości”, zapracowana Donna w „Mamma Mia!”, Jane, odnajdująca uczucie w starym związku w komedii „To skomplikowane”, kochająca życie i kuchnię Julia Child w filmie „Julia i Julia”. Wreszcie Margaret Thatcher w „Żelaznej damie”.

Pisząc to już ponoszę porażkę. Bo przecież nigdy nie jest tylko introwertyczna, tylko despotyczna, tylko bezwzględna. Doskonale odnajduje w postaciach, jakie gra pęknięcia, doskonale wyczuwa to, co mają pod skórą, czego często nie wypowiadają. Buduje swoje role tak naprawdę minimalnymi środkami, charakterystycznym gestem, zmianą głosu, a przeistacza się absolutnie. Tajemnica, której uchwycić nie sposób. A zestawienie ostatnich filmów, w jakich grała, dodatkowo jeszcze ujawnia jej siłę i wielkość.

Gra przecież często w filmach nie na miarę swojego talentu. W filmach często słabych albo banalnych, swoją obecnością dodając im siły, rangi i splendoru. Ona tych filmów nie ratuje. Dając im swoją charyzmę i osobowość, czyni z nich szlachetne, zapadające w pamięć, często mówiące na istotny temat kino. Gdyby nie jej rola w „Diabeł ubiera się u Prady”, ten jej niezwykły portret władczej naczelnej pisma o modzie, z filmu nie byłoby co zbierać.

Gdyby nie jej rola w „Żelaznej damie”, film byłby powierzchowną, w gruncie rzeczy nieetyczną (bo upublicznioną za życia Margaret Thatcher) opowieścią o twardej premier, która dzisiaj zmaga się z demencją, próbuje ratować resztki wspomnień, która cierpi z powodu świadomości własnej choroby i nieumiejętności poradzenia sobie ze swoim życiem tak, jak robiła to rządząc krajem.

Jest w filmie scena, w której stara Margaret Thatcher  została przyprowadzona do lekarza. Mimo że doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego stanu, chce być sobą do końca (albo zostawić swoją słabość tylko dla siebie). Kiedy doktor pyta byłą brytyjską premier, co czuje, słyszy ostrą ripostę, właściwie cudownie złośliwy i przejmujący wykład o tym, że dzisiaj nikt już nie rozmawia o myślach i ideach, tylko o uczuciach. Kończy go słowami: myślę, że wszystko jest w porządku. Właściwie nokautuje lekarza, chociaż robi to przeciwko sobie. Meryl Streep w tej scenie sięga aktorskiego geniuszu. Właściwie aż chce się klasnąć, kiedy Thatcher wypowiada ostatnie słowa monologu. Bo też chciałbym tak kiedyś umieć, w przyszłości, walczyć o swoją godność, o swoje prawo do decydowania o sobie.

Jeśli ktoś miał wśród bliskich osoby z chorobą alzheimera, z pewnością przeżyje ten film najintymniej. Bo tak naprawdę jest to intymna opowieść o starej i chorej kobiecie, która – tak sprawił los, i tak wywalczyła sama, była ważną w historii postacią. Owszem, obserwujemy Margaret Thatcher w przemowach, w politycznej walce, wojnach, jakie każdego dnia prowadzi w swoim gabinecie, ale to właściwie znamy, tu nic nowego ten film nie wnosi. Natomiast odsłania fragment, który być może nie powinien być odsłonięty za życia Margaret Thatcher, bo ona sama też nie odsłania go publicznie. Wycofała się, nie wychodzi z domu, pozostaje pod opieką gosposi, w swoim domu przy Chester Square w Londynie. Nie sprzedaje swojej choroby, a ten film ją sprzedaje, pokazując jak rozmawia z nieżyjącym mężem, jak w furii segreguje jego ubrania, jak walczy z własną samotnością, jak bardzo próbuje być taka jak kiedyś – wbijająca w fotel scena zagłuszenia głosu nieżyjącego męża. I pewnie, gdyby nie szlachetność Meryl Streep, która właściwie w każdej scenie broni jej prawa do godności, pokazuje jakiś wstyd mówienia o tym, który dla mnie był wyczuwalny, która decydując się na tę dwuznaczną grę postanowiła stanąć po stronie Margaret Thatcher, ale nie Żelaznej damy, tylko starej, zagubionej, tracącej pamięć kobiety, która chciałaby wariować po cichu, w samotności, w czterech ścianach, to pewnie film ten poniósłby klęskę. To bardzo dwuznaczna gra, która jednym z ważnych tematów filmu czyni pytanie – czy tak wolno?

Bez wątpienia „Żelazna dama” buduje legendę Margaret Thatcher, mimo że Thatcher jest żywą legendą. Ale naprawdę, trudno jest mi dzisiaj myśleć o niej bez wzruszenia i przejęcia. Bez względu na to, jak oceniamy jej politykę.

„Walczę, żeby wygrać” – powiedziała kiedyś. Tym razem wygrała Meryl Streep. Dla niej.