kino jest bliżej Nieba

Okazuje się, że można wciąż jeszcze zajmująco mówić o Marilyn Monroe. Obejrzałem „Mój tydzień z Marilyn”, film którego podstawę stanowiła autobiograficzna książka Colina Clarka. Historia chłopaka z bogatego domu, który niejako w buncie wobec tradycji rodzinnych postanawia pracować w filmie. Pewnego dnia zostaje trzecim asystentem reżysera, wielkiego brytyjskiego aktora, Sir Laurence’a Oliviera, przy filmie „Książę i aktoreczka”. Księcia gra oczywiście Olivier, aktoreczkę, jak pamiętamy zagrała Marilyn Monroe, będąca wtedy krótko po ślubie z Arthurem Millerem. Miss Monroe w towarzystwie męża i swoich dworzan (jest wśród nich Paula Strasberg) – a może to oni ją tu przywieźli, bo z niej po prostu żyją, nawet uzależniając od leków, więc MM przylatuje do Wielkiej Brytanii, żeby swoją charyzmę i swoje piękno wnieść do filmu Oliviera, no i oczywiście tutaj zaczynają się kłopoty, które znamy z legend i biografii Monroe – spóźnienia, humory, uzależnienie, nerwice i psychozy.

Dziwnym trafem trzeci asystent reżysera, ten od podawania kawy, najpierw staje się jej zaufanym, później powiernikiem, by w końcu nawiązać z nią romans. Ten film opowiada właśnie jego tydzień z Marilyn Monroe. Ale fabuła osnuta jest w gruncie rzeczy wokół dwóch relacji – romansu z Colinem Clarkiem i współpracy Marilyn Monroe z Olivierem, opartej na zazdrości, upokorzeniu, z pewnością również fascynacji.

Olivier jest wielkim aktorem, ma wykształcenie dramatyczne, jest doskonale przygotowany do zdjęć. Monroe potrzebuje dubla za dublem, nie jest w stanie zapamiętać tekstu, właściwie zachowuje się na planie jak kompletna amatorka, ale kiedy już jest, często po wielu dublach, gotowa, staje się fenomenem, od którego nie można oderwać oczu. Laurence Olivier jest zazdrosny o jej naturalność, o jej bycie na ekranie. W jednej ze scen mówi, że chciał się dzięki niej odmłodzić, zobaczyć w sobie pasję, wykrzesać z siebie coś nowego, absolutnie naturalnego. Właściwie od początku rozumiemy na czym polega walka Oliviera z Monroe, mimo to nie można od nich oderwać oczu, tak między nimi iskrzy.

Colin Clark jest dla Monroe ratunkiem, kilkudniowym oparciem, kimś, z kogo pije krew, byli podobni przed nim i będą po nim. Ale Monroe zmienia jego życie. Oto zeszła z ekranu nie dająca się opowiedzieć legenda, prawdziwa tajemnica kina, Marilyn. I chociaż nie będą razem, Clark zwiąże się z kinem na zawsze – z kinem, czyli jego okrucieństwem i pięknem. Tym, co nie pozwala się wypowiedzieć.

Bo „Mój tydzień z Marilyn” to równocześnie wspaniały hołd oddany kinu w ogóle. A przy tym film bezpretensjonalny, świeży, lekki, opowiedziany z radością, choć wiemy przecież jak skończy się życie Marilyn. Colin Clark też już jest po tamtej stronie ekranu. Ale są nadal. Wcieleni w inne wcielenia. Michelle Williams fenomenalnie zagrała Marilyn Monroe. Ale podczas, gdy Williams zagrała, to, mała tu dygresja, ale na temat, Sandra Korzeniak w spektaklu „Persona. Marilyn” w Teatrze Dramatycznym, Marilyn Monroe po prostu jest. Ciągle miałem ją przed oczami. I właściwie trudno mi było u Williams nie widzieć charakteryzacji, a po prostu widzieć postać. Mimo że rola na miarę Oskara. Jeśli ktoś nie widział, a ma okazję zobaczyć Korzeniak jako Monroe, niech koniecznie odwiedzi Teatr Dramatyczny.  Dostała zresztą za tę rolę wiele nagród. Kenneth Branagh jako Laurence Olivier, to klasa sama w sobie. Jego rola nie jest jednoznaczna. Jest krwista i pełna. Koniecznie też muszę wspomnieć Judi Dench, grającą starszą aktorkę Sybil Thorndike. Bez niej ten film byłby zupełnie inny. Gra pełną wdzięku, empatii i wrażliwości damę, która jest w stanie nauczyć czegoś Monroe, dając równocześnie do zrozumienia, że to ona sama chce się nauczyć czegoś od młodszej koleżanki, ale filmowej gwiazdy. No i młodzieńczy i pełen wdzięku Eddie Redmayane, jakby wyciągnięty z kina innej epoki, jako zakochany w Monroe, Colin Clark. Świeża, naturalnie zagrana rola.

Stefan Chwin w swojej powieści „Dolina radości” podał kiedyś definicję kina, której nie sposób zapomnieć, i która – w moim odczuciu – jest trafna.

Pisze Chwin: „Kino jest bliżej Nieba. To rodzaj Pól Elizejskich, które możemy zwiedzać za życia. Kino nadaje człowiekowi świetlistość rzeczy niematerialnej(…) W kinie twarze wielkich gwiazd filmowych, inaczej niż twarze teatralnych aktorek, płoną miękkim sfumatto, jakby ich ciała, wyzwolone z ciężaru materii, wypełniła fosforyczna substancja, z której przed wiekami zostały zrobione ludzkie dusze.”