Koniec i początek

Ella Fitzgerald. Wczoraj, na pogrzebie Wisławy Szymborskiej jej "Black Coffee"

Zapewne siedzi pani teraz, pani Wisławo, przy stoliku, z Ellą Fitzgerald, pali papierosa i pije kawę – mówił na pogrzebie Wisławy Szymborskiej jej sekretarz i przyjaciel, Michał Rusinek. Oglądałem tę ceremonię w telewizji. Na pogrzeb Wisławy Szymborskiej przyjechały najwyższe władze w państwie. A potem otworzyłem „Gazetę Wyborczą” i przeczytałem artykuł „Nieznany dar od Wisławy Szymborskiej”, o tym, jak anonimowo dotowała „Kwartalnik Artystyczny”, przeznaczając na jego publikację dwadzieścia tysięcy złotych. Była drugą, obok Ministerstwa Kultury donatorką. Aż „Kwartalnik” spada z listy dotacji Ministerstwa Kultury. Jego przyszłość jest zagrożona. Krzysztof Myszkowski, redaktor „Kwartalnika” dzwoni do pani Wisławy Szymborskiej i opowiada tę sytuację. I dalej zacytuję z „Gazety” te bulwersujące fragmenty:

„Szymborska deklaruje: – Zadzwonię do ministra Zdrojewskiego. Zobaczymy, może uda się jakoś uratować sprawę.

Potem spędza długie godziny, dobijając się do ministerialnych urzędników. Ci przełączają ją z biurka na biurko; wszystko wlecze się w nieskończoność. Jakby telefon od noblistki na nikim nie robił wrażenia. Po kilku bezskutecznych próbach Szymborska odpuszcza.

– Mówiła mi: Wiesz, tam nikt nie chce ze mną rozmawiać – wspomina Myszkowski.

Szymborska się nie zraża. Pisze list do ministra. Mija tydzień, dwa, trzy – odpowiedź nie przychodzi. Po interwencji okazuje się, że jeden z asystentów uznał list za mało istotny i wrzucił go na dno szuflady. Finał jednak jest pomyślny: bydgoskie pismo dostaje pieniądze”.

(Z tekstu Marty Leszczyńskiej i Jacka Kowalskiego).

W takiej rzeczywistości żyjemy. I nie ma co się oszukiwać, że jest inaczej. Urzędy obrośnięte są administracją, która podobno miała być uszczuplona, niewłaściwi ludzie są na niewłaściwych miejscach. Kultura jest marginalizowana. I naprawdę nie można się oszukiwać, że jest inaczej. Najwyżej można robić swoje. Starać się. O coś walczyć na miarę własnych możliwości.

Takich przypadków, jak ten z próbą dodzwonienia się do ministra, znam wiele. Sam rozmawiałem kiedyś z jedną ważną postacią życia politycznego, która powiedziała: „Ach, artyści, jak dzieci, tylko piszą listy protestacyjne. To nie ma żadnego znaczenia”.

Ma znaczenie. Nawet jeśli nie przynosi efektów.

Wczoraj, na Zamku Królewskim, profesor Norman Davis odbierał nagrodę im. prof. Aleksandra Gieysztora. Piękna uroczystość. Profesor Davis miał wspaniałą przemowę, pełną dowcipu, iskrzącą, w której mówił również o znaczeniu historii, o tym, że bez jej znajomości nie można zobaczyć drogi. Jak wiedzieć, dokąd iść, jeśli nie wiem, skąd jestem? – pytał.

Nagroda przyznawana jest za wkład w ochronę dziedzictwa kulturowego.

Kultura to nie jest fanaberia. To wrażliwość, świadomość i rozwój. Czas to w końcu zrozumieć.

WISŁAWA SZYMBORSKA

MOŻE BYĆ BEZ TYTUŁU

Doszło do tego, że siedzę pod drzewem,

na brzegu rzeki,

w słoneczny poranek.

Jest to zdarzenie błahe

i do historii nie wejdzie.

To nie bitwy i pakty,

których motywy się bada,

ani godne pamięci zabójstwa tyranów.

A jednak siedzę nad rzeką, to fakt.

I skoro tutaj jestem,

musiałam skądś przyjść,

a przedtem

w wielu jeszcze miejscach się podziewać,

całkiem tak samo jak zdobywcy krain,

nim wstąpili na pokład.

Ma bujną przeszłość chwila nawet ulotna,

swój piątek przed sobotą,

swój przed czerwcem maj.

Ma swoje horyzonty równie rzeczywiste

jak w lornetce dowódców.

To drzewo to topola zakorzeniona od lat.

Rzeka to Raba nie od dziś płynąca.

Ścieżka na niej od przedwczoraj

wydeptana w krzakach.

Wiatr, żeby rozwiać chmury,

musiał je wcześniej tu przywiać.

I choć w pobliżu nic się wielkiego nie dzieje,

świat nie jest przez to uboższy w szczegóły,

gorzej uzasadniony, słabiej określony,

niż kiedy zagarniały go wędrówki ludów.

Nie tylko tajnym spiskom towarzyszy cisza.

Nie tylko koronacjom orszak przyczyn.

Potrafią być okrągłe nie tylko rocznice powstań,

ale i obchodzone kamyki na brzegu.

Zawiły jest i gęsty haft okoliczności.

Ścieg mrówki w trawie.

Trawa wszyta w ziemię.

Deseń fali, przez którą przewleka się patyk.

Tak się złożyło, że jestem i patrzę.

Nade mną biały motyl trzepoce w powietrzu

skrzydełkami, co tylko do niego należą

i przelatuje mi przez ręce cień,

nie inny, nie czyjkolwiek, tylko jego własny.

Na taki widok zawsze opuszcza mnie pewność,

że to co ważne

ważniejsze jest od nieważnego.

(z tomu „Koniec i początek”, Wydawnictwo a5, Poznań, 1993)