skrzypce w dłoni dziecka

Płyta wielkiej skrzypaczki Idy Haendel, nagrana przed kilkoma laty w jej rodzinnym mieście, Chełmie, zapis koncertu, jaki dała wracając do swojego miasta po latach, towarzyszy mojej pracy – mogę to szczerze powiedzieć – nieustannie. Jeżeli czegoś przy pracy słucham, to zazwyczaj jest muzyka klasyczna, najczęściej  wykonania fortepianowe, lub płyty skrzypaczek, które uważam za absolutne mistrzynie, czyli Wandy Wiłkomirskiej i właśnie Idy Haendel. Tak się złożyło, że dzisiejszą pocztą przyszło z Niemiec dvd z dokumentalnym filmem Christine Jezior „Wiem, skąd jestem”, zrealizowanym dla TVP, którego bohaterką jest ta fenomenalna wirtuozka. To prawie godzinny, opowiedziany z wielką miłością dla jego bohaterki, film o artystce, która nie przestaje grać, kobiecie, która nie zapomina o swojej kobiecości, zjawisku i fenomenie, jakie rozbłysły bardzo wcześnie, bo na konkursie Wieniawskiego w 1935 roku, kiedy Ida Haendel miała siedem lat. Od tego czasu gra i nie traci niczego ze swojej wirtuozerii. Film zaczyna się wzruszającą sceną powrotu Idy Haendel do Chełma. I trzyma widza za gardło właściwie do samego końca. Ojciec Idy Haendel był malarzem. Wcześnie dostrzegł talent swojej córki. Chciał, żeby uczyła się u najlepszych. Po konkursie Wieniawskiego postanowił, że córka będzie się uczyła najpierw w Warszawie, a potem w Londynie. Dzisiaj Haendel mówi, że jej muzyka, skrzypce uratowały jej rodzinę. Bo Ida zaczęła naukę w Wielkiej Brytanii i mniej więcej dziesięć miesięcy przed wybuchem wojny udało się jej ojcu sprowadzić do Anglii również jej matkę i siostrę. Gdyby nie ten wyjazd, rodzina bez wątpienia podzieliłaby los chełmskich Żydów. Wstrząsające zdjęcia z marszu śmierci, sceny z eksterminacji Żydów polskich.

Ida Haendel

Wszyscy wypowiadający się w filmie artyści, a są to naprawdę wielcy muzycy, jak Martha Argerich, Piotr Anderszewski, Anne-Sophie Mutter, Zubin Mehta, Tadeusz Strugała, czy jej słynny uczeń David Garrett mówią o Idzie Haendel z pasją, z miłością, ze wzruszeniem. Anderszewski mówi, że jest szczęśliwy, że mógł jej słuchać, mieć z nią styczność, że nikt nie jest wieczny i to w nim pozostanie, nawet kiedy Idy Haendel już nie będzie. Zubin Mehta został postawiony pod ścianą. Mówi o Idzie Haendel pięknie, ale ona sama odpowiada, że z niewiadomych jej przyczyn nie umieścił jej nazwiska w swojej autobiografii, mimo że tak często razem pracowali. Mehta nie umie tego wyjaśnić, mówi, że na pewno nie było żadnych powodów osobistych. Martha Argerich mówi również o niezwykłych kreacjach, jakie Ida Haendel zawsze nosiła, o tym, jak zjawiskowa jest jako kobieta i jako artystka.

Podglądamy Idę Haendel prowadzącą kursy mistrzowskie. Do jednego z młodych skrzypków mówi: więcej odwagi, dlaczego boisz się grać jak mistrz, masz wchodzić mocno, ostro, grać tak, żeby ludzie pospadali z krzeseł. On odpowiada, że nie czuje, aby ta muzyka mogła to spowodować. – Cokolwiek będziesz grać, ludzie muszą spadać z krzeseł – tłumaczy Haendel.

Mówi stale o graniu i o żarze, jaki powinien być w grze. O tym, że cokolwiek gra, czy Bacha, czy Mozarta, zawsze wyobraża sobie młodego mężczyznę, który z nią flirtuje i zaprasza ją do kawiarni lub na spacer, mężczyznę, któremu wpadła w oko. Taką opowieść snuje swoimi interpretacjami. Mówi: Grasz Bacha, dobrze, a jakim był człowiekiem? Ile miał dzieci? Wiele, prawda? A jeśli miał wiele dzieci, to musiał być w nim ogień, prawda? To musi być w tej muzyce.

Przyjaciele mówią, że Ida Haendel,  mimo bardzo zaawansowanego wieku, nigdy nie jest staruszką. Interesuje się modą, chodzi na wysokich szpilkach, nie pozwala wiekowi odebrać młodości. Zapytana przez Christine Jezior ile ma lat, odpowiada: Piętnaście. Ja bym się mogła świetnie bawić z dziećmi.

Ale opowieść o Idzie Haendel, również o jej wielkiej miłości do Polski, nie jest bez pęknięć. Jej życie prywatne nie ułożyło się. Mówi, że widocznie nie było w jej życiu wielkich miłości, skoro jest sama, nie ma dzieci.

Film kończą bardzo osobiste w gruncie rzeczy sceny prywatnej Idy Haendel, która chce grać do końca, która nie chce stracić swojej wewnętrznej młodości.

Piękny, poruszający film. Christine Jezior rozumie artystów jak mało który filmowiec. Dokumentalny portret, jaki podarowała wcześniej Wandzie Wiłkomirskiej i publiczności „Ja Wam to zagram” jest jednym z najważniejszych filmów o muzyce, jakie widziałem. Teraz podarowała nam portret Idy Haendel, głęboki portret spełnionego człowieka, który zostanie bez względu na to, czy telewizja dbać będzie o kulturę czy też nie. Jej filmy idą wbrew koniunkturze. Na szczęście. Bo ratują fragment świata.

Kiedy Christine robiła swój film, przysłała mi kartkę z Ameryki, pod którą podpisała się również Ida Haendel, dla mnie wspaniała, piękna pamiątka, również w kontekście gotowego filmu, jaki dzisiaj miałem przyjemność obejrzeć.

Dzisiaj mija pięć lat od śmierci Pana Ryszarda Kapuścińskiego, którego biurko – a właściwie zdjęcie biurka, jakie zrobiłem – codziennie mi towarzyszy, bo jest umieszczone na szablonie tego bloga. Pan Ryszard Kapuściński, mój wielki dziennikarski mistrz, król reporterów, pozostawił po sobie dzieło, które jest ze mną prawie każdego dnia. Dzisiaj znalazłem nagle dziwny jednorazowy długopis w kształcie papierowego listka z cukrem, jakie rozdaje się w pociągach i kawiarniach. Pomyślałem: o, długopis dla Pana Ryszarda. Bo kolekcjonował takie długopisy jednorazowe, a czytelnicy wiedząc o tym, również dzisiaj przynoszą je i zostawiają na grobie.

Dzisiaj myślałem dużo o Małgorzacie Baranowskiej, wspaniałej poetce i eseistce, która jak podały media wczoraj odeszła. W dziale „Dziennik lektur” zamieściłem fragmenty tekstu pani Małgorzaty, którą bardzo ceniłem i która od wielu lat walczyła z chorobą i w dodatku umiała ubrać cierpienie w formę, napisała przed paroma laty ważną książkę „To jest Wasze życie. Być sobą w chorobie przewlekłej”. Ja uwielbiam jej książkę o Wisławie Szymborskiej, którą cytuję właśnie w „Dzienniku lektur” i piękną, osobistą książkę o wielkiej kolekcji pocztówek, jakie zbierała przez całe życie.

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI

NA ODEJŚCIE POETY

Może przed śmiercią

podchodził do półki

na której stały jego tomiki

tyle co kilka źdźbeł trawy

truchlał że plon tak znikomy

dla pospiesznego oka

niewidoczny

ale czy to co zostawili

po cierpliwym życiu

sąsiedzi Spinozy

szlifierze diamentów

(Haga, Amsterdam)

nie mieściło się ledwie

w dłoni dziecka?

(Ryszard Kapuściński, „Wiersze zebrane”, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2008)